# 13
(Sleep is supposed to be)
Sen - trzeźwo myślące istoty
Są przekonane o tym,
Że sen to zamknięcie oczu.
Sen to wielki przystanek,
Na którym niespotykane
Zastępy świadków kroczą.
Ludzie wysokiej rangi
Uważają poranki
Za rozpoczęcie dnia.
Poranek się nie zdarza!
To Aurora - poranna zorza -
Wschód Wieczności i blask -
Ktoś z jasnym transparentem -
Ktoś w czerwień owinięty -
Oto poranny brzask!
[nap. 1858, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]
# 19
(A sepal, petal, and a thorn - A Rose)
Pręcik, płatek, cierń
W zwykły letni dzień -
Flaszeczka rosy, jedna, dwie pszczoły -
Wiatru wiew - sus spoza drzew -
I jestem różą!
[nap. 1858, odn. 1896; tł. Ludmiła Marjańska]
# 23
(I had a guinea golden --)
Moim był złoty pieniądz,
do piasku mi kiedyś wpadł
i - choć kraj nasz bogaty
nie lęka się takich strat,
to w moim oku taką
cenę miał krążek ów,
żem usiadła wzdychająca
nie mogąc znaleźć słów.
Moim był gil-karmazyn,
śpiewał - powszednia rzecz!
Lecz gdy się las zabarwił
i on odleciał precz
- czas przyniósł inne gile,
trel podobny rozbrzmiewa z łąk,
ale ja trubadura
mojego czekam wciąż.
I moją była w niebie
Plejadów jedna z gwiazd,
lecz kiedym nie baczyła,
odeszła w niedobry czas.
Więc choć tam w górze - ciżba,
światła - jak złoty szych,
nie dbam, bo przecież moją
nie jest ni jedna z nich.
Powiastki - taki morał:
nie przy mnie druh mój dziś,
oni mi Plejadą, gilem,
złotem, co w piasku tkwi.
Jeśli żałosna strofka
ta pokrapiana łzą
napotka oko zdrajcy
choćby najdalej stąd
- Boże, solenną skruchę
w niewierne serce włóż
i niechaj pocieszenia
nie zazna nigdy już.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 31
(Summer for thee, grant I may be)
Niechże ja będę latem twym,
gdy miną letnie dni,
muzyką wilg, gdy lelek zmilkł
i wilgi tryl już ścichł.
Dla ciebie, duch, wionę nad grób,
nasieniem barwnego kwiecia,
A ty, mój miły, anemon z mogiły
urwij i unieś na wieki.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 45
(There's something quieter than sleep - Dead)
Jest coś cichszego niźli sen
W tym środkowym pokoju.
Na piersi ma gałązkę -
Przemilcza imię swoje.
Niektórzy dotkną, ucałują,
Rozetrą bezwładne dłonie
Tej siły przyciągania
Nie rozumiem, nie pojmę!
Nie mogłabym płakać jak oni -
Szloch może być obrazą!
Spłoszą cichą wróżkę i umknie
Do swych rodzinnych lasów.
Gdy prostoduszni sąsiedzi
Gawędzą o "zmarłej przedwcześnie",
My - skorzy do peryfrazy -
Mówimy, że ptaki pierzchły.
[nap. 1858, odn. 1896; tł. Ludmiła Marjańska]
# 47
(Heart! We will forget him!)
Heart! We will forget him!
You and I - tonight!
You may forget the warmth he gave -
I will forget the light!
When you have, pray tell me
That I may straight begin!
Haste! lest while you're lagging
I remember him!
- - - - -
Tobie i mnie trza, serce,
zapomnieć go od dziś!
Ty ciepła jego nie pamiętaj,
ja - światła, co odeń skrzy.
Gdy zdołasz zapomnieć, serce,
powiedz, przygaszę myśl...
Tylko spiesz, bo gdy zamarudzisz,
wstanie w pamięci mej żyw!
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
* * * * *
Trzeba o nim zapomnieć serce,
Zapomnijmy wieczorem!
Ty zapomnisz o darze ciepła,
Ja o świetle zapomnę.
Gdy zapomnisz, błagam cię, powiedz
A ja zacznę bez zwłoki -
Spiesz sie! Ty tam marudzisz,
A wspomnienie tak boli.
[tł. ?]
# 49
(I never lost as much but twice)
Dwukrotnie oddawałam darni
To, co mi los odebrał.
Dwukrotnie u drzwi Boga stałam
Jak żebrak.
Anioły - dwakroć zstępowały,
By od nowa mnie wyposażyć -
Włamywaczu! Bankierze - Ojcze!
Znowu jestem nędzarzem!
[nap. 1858, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Dwa razy tylko utraciłam
Aż tyle - wchłonął to grób.
Dwa razy jak żebraczka
Stałam u Bożych wrót!
Anioły - dwakroć zesłane -
Spłaciły mnie - mogłam żyć -
Włamywaczu! Bankierze -
Ojcze! Znów nie mam nic!
[tł. Stanisław Barańczak]
* * * * *
Straciłam tak wiele tylko razy dwa,
a zawsze - pod darnią mogilną;
dwa razy stałam jak żebrak
u bożych drzwi bezsilna.
Aniołowie schodząc w dół dwa razy
zaradzili mojemu bankructwu...
Rabusiu... Bankierze... Ojcze,
znowu mam ręce puste.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 50
(I haven't told my garden yet)
Mój ogród jeszcze nie wie o tym -
Wpierw muszę stawić temu czoło.
I jeszcze nie mam dosyć siły,
By to przekazać pszczołom -
Nie nazwę tego na ulicy -
Bo sklepy zmienią się na twarzy -
Że ja - nieśmiała - ignorantka
Na śmierć mogłabym się odważyć.
Nie wolno się dowiedzieć wzgórzom -
Po których błądzić tak przyjemnie -
Ani też zdradzić wdzięcznym lasom
Że przyjdzie dzień - beze mnie -
Nie wolno szepnąć przy stole -
Ani napomknąć przypadkiem -
Że ktoś już dzisiaj krąży
W obrębie tej zagadki -
[nap. 1858, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Ukryłam to przed ogrodem,
Nie chciałam, by na mnie wpłynął;
Nie czuję się wciąż na siłach,
By z pszczołą się dzielić nowiną.
Nie powiem o tym ulicy,
Bo sklepy by się zdumiały,
Że umrzeć ktoś ma odwagę
Tak naiwny i tak nieśmiały.
Nie trzeba wzgórz powiadamiać,
Łaskawych mojej włóczędze,
I słodkim wspominać lasom
O dniu, który bez nich już spędzę,
I szeptać o tym przy stole,
I napomykać ukradkiem,
Że dziś właśnie ktoś odejdzie,
By wielką przeniknąć zagadkę.
[tł. Artur Międzyrzecki]
# 52
(Whether my bark went down at sea --)
Czy moja barka poszła na dno -
Czy na sztorm natrafiła nagle -
Czy na zaklęte wyspy
Zawiodły ją posłuszne żagle?
Jakie mistyczne cumy
Zatrzymały ją? - Nad zatoką
Krąży wysłany na zwiady
Posłaniec wzroku.
[nap. 1858, odn. 1894; tł. Ludmiła Marjańska]
# 53
(Taken from men -- this morning --)
Odebranej ludziom dziś rano -
Na ramionach mężczyzn dźwiganej -
Bogowie wyszli na spotkanie -
Wiedli ją z chorągwiami -
Ta dziewczynka - z którą się bawiłaś -
Mądre dziecko ze szkoły twojej -
Chyba są goście w Raju -
Pełne wszystkie pokoje -
Dalecy - jak wschód od wieczora -
Zamgleni - jak gwiazda w bezkresie -
Osobliwi dworzanie w królestwie -
Ci, którzy od nas odeszli.
[nap. 1858, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]
# 61
(Papa above!)
Papo tam w górze,
[spójrz na myszkę
w szponach kota!]
Zechciej zachować jakiś przybytek
W Twym królestwie
dla myszy i szczurów!
Przytulnie ukryte
w anielskich spiżarniach,
niech sobie tam chrupią zapasy,
a tymczasem niech cykle wieków,
nie wiedząc o niczym,
pompatycznie toczą się dalej!
[tł. Roman Dyboski]
# 67
(Success is counted sweetest)
Sukces najsłodszy jest dla tych,
Którym nie wiodło się w życiu.
Żeby docenić nektar,
Trzeba się karmić goryczą.
I żaden z pełnych męstwa
Żołnierzy, co sztandar zdobyli,
Nie może określić zwycięstwa
Tak jasno, jak ten, który w chwili
Agonii - zwyciężony -
W śmiertelnej męce słucha,
Odległej pieśni triumfu,
Co z piersi zwycięskich bucha!
[nap. 1859, odn. 1878; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Sukces zda się najsłodszy
Tym - co ugięli kark.
By pojąć - czym jest Nektar -
Trzeba spieczonych warg.
Nikt z tych - którym Sztandar zdobyty
Wieje purpurą znad głów -
Definicji Zwycięstwa
Nie pojmie tak - jak ów -
Co - pokonany - kona -
Słysząc daleko gdzieś
Rozdzierająco dźwięczną -
Obcą triumfu pieśń!
[tł. Stanisław Barańczak]
* * * * *
Najsłodszy zda się sukces,
kiedy się jest na dnie.
Oceni dobrze nektar
ten, co z upału schnie.
I żaden z tych zwycięskich,
którzy sztandar zdobyli dziś,
nie zdoła jaśniej pojąć,
czym złoty lauru liść -
niż ten, co zwyciężony
słyszy spływając krwią,
jak od przeciwnej strony
surmy triumfu brzmią.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 74
(A Lady red -- amid the Hill - The Waking Year)
Szkarłatna pani na pagórku
Doroczny sekret kryje w ziemi,
A biała pani pośród pól
W spokojnej lilii drzemie.
Schludne wietrzyki miotełkami
Omiotły wzgórza, parów, drzewa.
Przepraszam, śliczne gospodynie,
Kogo się mamy spodziewać?
Sąsiadki się nie domyślają!
Las ma uśmiechów tyle -
Sadu, jaskrów i ptaka -
Za małą, malutką chwilę!
Jak nonszalancki jest żywopłot,
Krajobraz jak cichy!
Jak gdyby "Zmartwychwstanie"
Nie było czymś niezwykłym!
[nap. 1859, odn. 1896; tł. Ludmiła Marjańska]
# 76
(Exultation is the going - Setting sail)
Jaka wielka to radość, gdy w morze
Śródlądowa istota wypłynie -
Obok domów, obok przylądków -
Ku wieczystej głębinie -
Zrodzony jak my wśród gór
Żeglarz - czy może pojąć
Cudowne zachłyśnięcie
Pierwszą milą z dala od lądu?
[nap. 1859, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Uniesienie - to wyprawa
Duszy śródlądowej w stronę
Morza - poza domy - cyple
Gdzie Wieczności głębie słone -
Czyż żeglarz potrafi pojąć,
Jak nas, wśród gór wychowanych,
Jednym łykiem - pierwszą milą -
Upajają oceany?
[tł. Stanisław Barańczak]
* * * * *
Jakież to uniesienie,
gdy taka lądowa dusza
mijając domostwa, przylądki
w głęboką wieczność wyrusza.
Chyba tylko marynarz, zrodzony
tak jak my pośród gór, uwierzy,
że to boski rausz - taki pierwszy
kilometr od wybrzeży!
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 77
(I never hear the word "escape")
Ilekroć słyszę słowo "uciec",
Szybciej uderza tętno,
Nagła nadzieja mnie ogarnia -
Do lotu chętną!
Ilekroć słyszę o zburzonych
Przez wojska ogromnych więzieniach,
Szarpię dziecinnie za kraty -
Znowu bez powodzenia!
[nap. 1859, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Nie mogę słyszeć - że ktoś "zbiegł" -
Żeby puls nie bił żywiej -
Żeby przypływ nadziei
Do lotu mnie nie zrywał!
Nie mogę słuchać o wojskach
Tłumiących bunty więzienne -
Żeby nie targać własnych krat
Dziecinnie - i znów daremnie!
[tł. Stanisław Barańczak]
* * * * *
Nie mogę słyszeć, że ktoś "zbiegł",
by krew nie biła młotem,
i nagle czekam czegoś,
gotuję się do lotu.
Nigdy nie doszła mnie wieść o turmach
zwalonych przez wojska zwycięskie,
bym nie zaczęła szarpać mych krat
i - znów nie poniosła klęski.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 79
(Going to Heaven!)
Do nieba idę!
Nie wiem - na kiedy,
nie pytajcie, proszę was, kędy.
Nawet bym nie wiedziała,
jak odpowiedzieć bez błędu!
Idę do nieba...
Jakie to mętne!
A jednak tego dokonać trzeba,
jak powrotu na wieczór trzód
do owczarni otwartych wrót!
Może idziesz tam i ty też?!
Kto wie?
Gdybyś więc dotarł pierwszy,
zarezerwuj dla mnie miejsce
tuż blisko obok mych utraconych!
Z "szat" najmniejsza i najmniejsza "korona"
najlepiej dogodzą mi, drodzy moi,
bo czyż się dobiera strojów,
kiedy się wraca do domu?
Całe szczęście, że nie dowierzam,
bo oddech by wnet w piersi mi stanął,
a rada bym, rada szczerze
jeszcze tę ziemię dobrze pooglądać nieznaną...
Szczęściem - oni na pewno wierzyli,
ci, których nie mogę odnaleźć
od tej wzniosłej jesiennej chwili,
kiedy się pod darń przede mną schowali.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 80
(Our lives are Swiss - Alpine Glow)
Nasze życie jest jak Szwajcaria -
Tak spokojna - tak chłodna -
Aż pewnego dziwnego popołudnia
Alpy zapomną o zasłonach
I poza nie zajrzeć się uda!
Po tamtej stronie - Italia!
A jednak - wieczni strażnicy -
Solenne Alpy -
Syrenie Alpy
Czuwają na granicy!
[nap. 1859, odn. 1896; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Żyjemy po szwajcarsku -
Chłodno -
Lecz kiedyś szczyty Alp
Zasłon nad sobą nie zaciągną
I popatrzymy - w Dal!
Italia - tam - po tamtej stronie!
A między nami Śnieg
Poważnych Alp -
Pogodnych Alp
Wieczną barierą legł!
[tł. Stanisław Barańczak]
# 83
(Heart, not so heavy as mine)
Serce od mego lżejsze
wracając w mroku
gwizdało sobie nutkę
pod moim oknem,
leciuteńką balladę,
śpiewkę uliczną
dla nieukojonego słuchu
pełną słodyczy.
Był w niej niby głos drozda,
który na chwilę
odezwał się i zamilkł,
nim znów zagrał trylem.
I był głos - jakby potok
obok mozolnej ścieżki
od menuetów skusić chciał
krwawiące stopy piesze.
Jutro znów może przyjdzie noc
bolesna, pełna smutku...
Grajże mi znów pod oknem,
przejdź tamtędy, pobudko!
[nap. 1859, w liście do Samuela Bowlesa; tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 86
(South Winds jostle them --)
Wiatr z Południa je trąca -
Odwiedza Trzmiel -
Zawisa - waha się - pije -
Pociąga go inny cel -
Motyl przysiada na nich
W Kaszmirowym przelocie -
Ja - zrywam delikatnie,
Tutaj przynoszę!
[list 261, Do T. W. Higginsona, 25 kwietnia 1862; tł. Stanisław Barańczak]
# 88
(As by the dead we love to sit)
Iż czuwanie przy zmarłych
Staje się dla nas tak cenne -
Iż czepiamy się utraconych -
Choć przy nas są jeszcze inni -
Nieudolnie rachując
Szacujemy nagrodę ochoczo -
Ogromną - w proporcjach zatartych
Dla naszych chciwych oczu.
[nap. 1859, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Siedząc tak chętnie przy zmarłych -
Nagle stali się nam nieodżałowani -
Po omacku szukając zniknionych -
Mimo że cała reszta jest z nami -
Kaleką matematyką
Obliczamy swoją wartość - chociaż
Malejącą, lecz stale ogromną
W naszych własnych oczach-dusigroszach!
[tł. Stanisław Barańczak]
# 89
(Some things that fly there be --)
Tym, co mkną, lecą i płyną -
Ptakom - Trzmielowi - Godzinom -
Elegia na nic, gdy giną.
To, co jest, trwa i zostaje -
Żal - Góry - Wieczności Dale -
Mnie na nic się nie przydaje.
Świat to się zerwie, to spocznie.
Z Zagadką niebios - cóż pocznę?
Jakże ten Sfiks milczy mrocznie!
[tł. Stanisław Barańczak]
# 91
(So bashful when I spied her!)
Tak nieśmiała, gdy ją wypatrzyłam!
Tak zawstydzona - tak ładna!
Tak ukryta w listeczkach,
Żeby jej nikt nie znalazł -
Tak bez tchu, nim ją minęłam -
Tak bezradna, gdy wróciłam w końcu,
By poza niewymyślną kryjówkę
Unieść spłonioną, walczącą.
Dla kogo zdradziłam kotlinkę,
Dokonałam rabunku w parowie -
Na pewno wielu mnie spyta,
Ale tego nie powiem!
[nap. 1859, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]
# 97
(The rainbow never tells me)
Tęcza mi nigdy nie mówi,
Że ulewa i burza skończona,
A lepiej niż filozofia
Potrafi o tym przekonać.
Choć tak dalekie od Forum -
Wierzę moim elokwentnym kwiatom,
Gdy głoszą - jak ptaki - to,
Czego dowieść nie mógłby mi Katon!
[nap. 1859, odn. 1929; tł. Ludmiła Marjańska]
# 98
(One dignity delays for all --)
Jedna godność oczekuje wszystkich
I jedno w mitrze popołudnie -
Tej purpury nikt nie uniknie -
Nikt tej Koronie nie umknie!
Komnatę zapewnia, paradę, tłok -
Stangretów oraz powóz -
A także dzwony w miasteczku,
Kiedy z pompą nas wiozą!
Ileż starań, gdy my spoczywamy!
Jak dostojny orszak wyruszy!
Jak lojalnie w chwili rozstania
Uchyla się sto kapeluszy!
Co za przepych ponad gronostaje -
Gdy ty, ja - najzwyklejsi w świecie -
Przedstawiamy swą herbową tarczę
Żądając pierszeństwa w śmierci!
[nap. 1859, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Jeden na wszystkich czeka zaszczyt -
Ta mitra - Popołudnie -
Nikt nie uniknie jego purpur -
Nikt przed Koroną nie umknie!
Powóz zapewnia - i eskortę -
Przepych - wiwaty rzeszy -
Dzwony też - we wsi, gdy suniemy
Przez nią w świetnej procesji!
Ile godności ma ta Świta!
Z jakim zapałem służy!
Jak wiernie wieje przy rozstaniu
Setkami kapeluszy!
W jakich ta pompa gronostajach,
Gdy Ty i ja - zwyczajniejsi -
Okazujemy nasz pokorny
Herb - nasz przywilej śmierci!
[tł. Stanisław Barańczak]
# 99
(New feet within my garden go --)
Nowe kroki w moim ogrodzie -
Nowa dłoń wzrusza darń wilgotną -
Na gałęzi wiązu trubadur
Zdradza samotność.
Nowe dzieci bawią się na trawie -
Ktoś Znużony znów pod ziemią legł -
A wiosna - zamyślona wciąż wraca -
I wciąż punktualny śnieg!
[nap. 1859, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]
Emily