Numeracja utworu określa jego kolejność chronologiczną:
pierwsza data (nap.) mówi o prawdopodobnym roku jego napisania, druga (odn.) - podaje rok, w którym został odnaleziony.

WIERSZE
# 101 # 105 # 106 # 107 # 108 # 111 # 113 # 115 # 117 # 120
# 123 # 124 # 125 # 126 # 130 # 133 # 134 # 135 # 136 # 139
# 150 # 154 # 158 # 160 # 162 # 165 # 167 # 171 # 172 # 177
# 181 # 182 # 185 # 187 # 189 # 193 # # # #


# 101
(Will there really be a "Morning"?)

Czy naprawdę będzie ranek?
Czy istnieje "dzień" - po prostu?
Czy dostrzegłabym go z góry,
Gdybym była góry wzrostu?

Czy ma stopy z lilii wodnych?
Czy go pióra okrywają?
Może sprowadzają ranek
Z nie znanych mi, sławnych krajów?

O, Najmędrszy na niebiosach!
O, uczeni! O, żeglarze!
Kto skromnemu pielgrzymowi
Miejsce zwane "rankiem" wskaże?

[nap. 1859, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Czy rzeczywiście poranek wzejdzie?
Czy doprawdy dzień to nie zmyślenie?
Gdybym była wysoka jak góry,
Czybym mogła nań rzucić spojrzenie?

Czy jego stopy to lilie wodne?
Czy jak ptaki ma pióra na grzbiecie?
Czy o jego krainie cudownej
Nie opowie mi nikt na tym świecie?

O wszechwiedzący posłańcy nieba!
O magistrzy biegli! o majtkowie!
Raczcie szepnąć pątniczkowi w biedzie,
Gdzie jest to, co porankiem się zowie?

[tł. Artur Międzyrzecki]


# 105
(To hang our head -- ostensibly --)

Zwiesić głowę - ostentacyjnie -
A potem zdać sobie sprawę,
Że nieśmiertelny umysł
Nie taką ma przyjąć postawę -

To budzi podejrzenie,
Że w tak splątanej gęstwinie -
I ty - na płaszczyźnie mgiełki -
Udajesz pajęczynę!

[nap. 1859, odn. 1896; tł. Ludmiła Marjańska]


# 106
(The Daisy follows soft the Sun --)

Stokrotka z wolna za słońcem krąży,
a gdy swój złoty spacer skończy,
u nóg mu siada nieśmiało.
Słońce o wschodzie, gdy zoczy kwiat,
pyta marudera: "Skądeś się wkradł?"
"To z miłości" - odpowiedziała.

Myśmy - stokrocie, a słońcem - Ty...
Przebacz, że w miarę jak gasną dni,
do Ciebie bliżej się garniem,
zadurzeni w tym zachodzie przeczystym,
w tym spokoju, w tym locie, w tych ametystach
i w nocy, co nas ogarnie!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 107
('Twas such a little -- little boat - Unreturning)

To maleńka, maleńka była łódź,
Kolebała się miękko w zatoce,
I szarmanckie - szarmanckie było morze,
Które wabiło ją z mocą.

To łapczywa, łapczywa była fala,
Co z brzegu zlizała strwożoną -
Nie zwiedziały się dumne żaglowce,
Że mój statek zatonął!

[nap. 1859, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Taka niewielka, niewielka łódź
chybotała zatoką wzdłuż,
tak ją zuchwale wabił głos
nieprzemierzonych mórz!

Taki łakomy jęzor fal
zlizał ją z brzegów tych...
Skąd dumny żagiel wiedzieć mógł,
że stateczek mój mały znikł?

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 108
(Surgeons must be very careful)

Chirurg musi być ostrożny,
Kiedy lancet chwyci -
Pod śmiałymi nacięciami
Drży podsądny - Życie!

[nap. 1859, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Chirurdzy muszą być ostrożni,
Gdy biorą w dłoń pieczołowicie
Skalpel - pod jego cienkim ostrzem
Rusza się Winowajca - Życie!

[tł. Stanisław Barańczak]


# 111
(The Bee is not afraid of me)

Pszczoła się mnie nie lęka
I dobrze znam motyle.
Z serdecznym leśnym ludkiem
Spędzam niejedną chwilę -

Głośniej się przy mnie śmieje potok -
Wietrzyk weselszą cieszy grą.
Dlaczego, letni dniu, mój wzrok
Zachodzi srebrną mgłą?

[nap. 1859, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]


# 113
(Our share of night to bear --)

Nasz udział nocy wytrzymać,
nasz udział dziennego lśnienia,
naszą lukę szczęścia wypełnić,
naszą lukę wyrzeczenia.

Gwiazda tam i gwiazda - tu...
Niektóre - zabłądzą w cień.
Mgła tam i tu - mgła,
potem - dzień!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 115
(What Inn is this)

Jakiż to zajazd,
Gdzie na noc
Zdąża dziwny podróżny?
Spójrz, jakie izby osobliwe!
Kto gospodarzem?
Nie ma służby?
Nie brzęczą przepełnione kufle -
W kominku ogień drew nie liże -
O nekromanto! Gospodarzu!
Kim są tamci poniżej?

[nap. 1859, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]


# 117
(In rags mysterious as these)

W tajemniczych łachmanach
Jaśniejący dworzanie stąpają -
Zakrywając purpurę i pióra -
Zakrywając płaszcze z gronostajów.

Uśmiechnięci proszą o jałmużnę -
U imponującej bramy!
Uśmiechnięci patrzą, jak boso
Na złocone ich posadzki wkraczamy.

[nap. 1859, odn. 1945; tł. Ludmiła Marjańska]


# 120
(If this is "fading")

Jeśli to "dogasanie",
O, niech natychmiast "zgasnę"!
Jeśli to "umieranie",
Pochowajcie mnie w całunie tak jasnym!
Jeśli to "sen" -
Taką nocą
Powieki zamyka się dumnie!
Dobrej nocy, przyjaźni ludzie!
Paw ośmiela się umrzeć.

[nap. 1859, odn. 1945; tł. Ludmiła Marjańska]


# 123
(Many cross the Rhine)

Iluż kielich ten
Przenosi nad Ren.

I sączą Frankfurtu starość
Przez moje brązowe cygaro.

[nap. 1859, odn. 1945; tł. Ludmiła Marjańska]


# 124
(In lands I never saw -- they say)

Mówią, że w krajach, których nie znam -
Wieczne Alpy patrzą w dół spod gwiazd -
Ich kapturki trącają firmament -
Ich sandały dotykają miast -

Pląsa miriad potulnych stokroci
U Alp nieśmiertelnych stóp -
Którą z nich pan jest, którą ja
W sierpniowym dniu?

[nap. 1859, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]


# 125
(For each ecstatic instant)

Za każdą chwilę uniesień
Udręką musimy płacić
W dotkliwej chwiejnej proporcji
Do ekstazy.

Za każdą najdroższą godzinę
Nędzne ochłapy lat -
Wytargowany gorzki grosz -
I kufry od łez pękate!

[nap. 1859, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Za każdą chwilę ekstazy
Płacimy w udręki monecie -
W myśl chybotliwej proporcji
Upadków i uniesień.

Za każdą godzinę szczęścia -
Wysupływane nieufnie
Miedziaki lat - nędzne grosze
Łez, uciułane w Kufrze!

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Za ekstatyczny moment
męką zapłaci człek,
ściśle napięty procent
będzie ekstazy strzegł.

Za lubość tej godziny
- porcyjki czasu skąpe,
kufry łez pełne po brzegi
i kwestionowane szelągi.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 126
(To fight aloud, is very brave --)

To odwaga - głośny toczyć bój -
Lecz wiem, że bardziej dzielny,
Kto w sobie odpiera nieszczęście
Jak szarżę kawalerii -

Kto wygrywa, choć nie widzą narody -
Kto pada - niewidziany - na uboczu -
A Kraj z patriotycznym wzruszeniem
Nie śledzi gasnących oczu -

Ufam, że w pierzastej procesji
Dla takich - szereg po szeregu -
Równym krokiem pójdą Aniołowie -
W uniformach ze śniegu.

[nap. 1859, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Bić się z rozgłosem - odważna rzecz,
lecz ja znam zuchwalców takich,
co w łonie własnym na armię smutku
rzucają się do ataku.

Nieznane ludom ich triumfy,
gdy padną - nieznany zgon,
gasnących oczu im nie zamknie
patriotyczny dzwon.

Z wianem pióropuszów żałobnych
- ufam - tych dzielnych eskortą
wyprowadzi w śnieżystej liberii
aniołów karna kohorta.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 130
(These are the days when Birds come back --)

To są te dni, gdy wraca ptak,
niewiele: jeden albo dwa
i chcą wzrokiem przeszłe doścignąć.

To są dni, gdy szafiru barw
pożycza niebu czerwca czar,
złoty czerwca sofizmat.

O złudo, co nie złudzisz pszczół,
twój pozór wiarygodny struł
moją naiwną ufność,

więc wierzy - aż jej nasion strąk
zaprzeczy, a jesienny prąd
zamiecie liściem suchym.

Ostatnia hostio letnich dni,
niechajże będzie wolno mi,
jak wolno bywa dziecinie,

wejść do twych poświęconych stref,
spożywać twój anielski chleb
i pić nieśmiertelne twe wino.

Nie znając godziny świtu
otwieram drzwi każde na ścieżaj...
On na pewno jak ptak ma pióra
lub grzebienie fal - jak wybrzeże.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]

* * * * *

To w tych dniach powracają Ptaki -
Parę z nich tylko w przeszłe szlaki
Zwraca spojrzenie stąd.

To w tych dniach niebo ponad głową
Wznawia sofistykę czerwcową,
Błękitno-złoty błąd.

Szalbiertwo, nawet jak na Pszczołę
Zbyt jawne - lecz mnie swym pozorem
Łudzi - że rzeczywiste -

Przynajmniej póki trwa zeznanie
Nasion i przez powietrza zmianę
Nie spłynie cichy listek.

O, Sakramencie letnich dni,
Ostatnia już Komunio Mgły -
Mnie, dziecku, wyświadcz jedyną

Łaskę - daj przed ołtarzem nieb
Spożywać twój najświętszy chleb,
Pić nieśmiertelne wino!

[tł. Stanisław Barańczak]


# 133
(As Children bid the Guest "Good Night")

Jak dzieci życzą gościom "dobranoc" -
Z ociąganiem - jeszcze pół chwilki! -
Moje kwiaty wznoszą czyste buzie -
Nim włożą nocne koszulki.

Jak dzieci zaczynają brykać
Z radości, że już rano -
Tak ze stu kołysek moje kwiaty
Wznoszą główki - i tańczą, gdy wstaną.

[nap. 1859, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]


# 134
(Perhaps you'd like to buy a flower)

Może i chciałbyś kupić kwiat -
Nie sprzedam, nie chcę rozłąki -
Chyba, że zechcesz pożyczyć
Do chwili, gdy ten żonkil

Przed drzwiami chaty rozwiąże
U kapturka pęk żółtych wstążek,
A pszczoły nad koniczyną
Zaczną spijać swoje reńskie wino -

Cóż, wypożyczę na tyle,
Lecz na dłużej - ani na chwilę!

[nap. 1859, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Pewno byś rada kwiat kupić?
Nie mogłabym sprzedać, nie,
ledwo pożyczyć do chwili,
aż żonkil zbudzi się,

aż odwiąże żółty czepeczek
u naszej wioski wrót,
aż pszczoły z koniczyny
pociągną wino i miód...

Owszem. Pożyczyć - chętnie,
lecz tylko do tego momentu!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 135
(Water is taught by thirst)

Wody nas uczy pragnienie,
Lądu - morskie przestrzenie,
Uniesień - bólu wiek,
Pokoju - opowieść o bitwach,
Miłości - nadgrobna modlitwa -
A ptaków - śnieg.

[nap. 1859, odn. 1896; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Wody - uczy pragnienie.
Brzegu - morskie przestrzenie.
Ekstazy - ból tępy jak ćwiek -
Pokoju - o Bitwach pamięć -
Miłości - nagrobny Kamień -
Ptaków - Śnieg.

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Pragnienie wyucza wód nas,
oceany wyuczają suszy,
skurcz bólu - ekstaz;
pokoju uczysz się z bitew;
miłości - z kształtu pomników;
a ptaków naucza śnieg nas.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 136
(Have you got a Brook in your little heart)

Czy płynie strumień w sercu twoim,
Gdzie pąk nieśmiało w kwiat się zmienia,
Przychodzą pić płochliwe ptaki
Pośród drżącego cienia -

Tak cicho płynie, że nikt nie wie
O strumieniu w ukryciu,
A przecież co dzień z niego czerpiesz
Mały haust życia -

Ach, wyjrzyj, spójrz na strumyk w marcu,
Jak rzeką wzbiera żywo,
Gdy śniegi śpiesznie schodzą z gór,
Jak mosty zrywa -

A później, później, może w sierpniu -
Spalone łąki, wyschłe studnie -
Strzeż się, by strumień życia nie wysechł
W jakieś płonące południe!

[nap. 1859, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]


# 139
(Soul, Wilt thou toss again?)

Duszo, znów rzucać kości chcesz?
Przez taką hazardową grę
setki ludzi wszystko straciły,
lecz z dziesiątek zyskał wszystko.

Zaczęty anielski balotaż. Bez tchu
czeka zwlekając na twój rzut.
Złe duchy w gorączkowej loterii
ciągną losy o moją duszę.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 150
(She died -- this was the way she died)

Umarła - tak właśnie umarła:
Gdy oddech jej ustał w końcu,
Wzięła węzełek z odzieżą
I ruszyła ku słońcu.

Drobną figurkę u bramy
Aniołowie widać wypatrzyli,
Skoro po stronie śmiertelnych
Nie znalazłam jej od tej chwili.

[nap. 1859, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Umarła, i to w taki sposób,
że gdy jej oddech się skończył,
spakowała swój skromny tobołek
i wyruszyła do słońca.

Jej drobną postać tam u drzwi
aniołowie spostrzec musieli,
skorom ja już nigdy nie znalazła
po naszej stronie śmiertelnej.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 154
(Except to Heaven, she is nought)

Jedynie dla niebios nie jestem zerem
ta samotna, jeśli aniołów nie liczyć;
kwiat to - prócz dla wędrownej pszczoły -
nie wiedzieć po co rozkwitły;

prowincji nie wytyka jej tylko wiatr
i nikt jej nie spostrzega
poza motylem... Jak kropel rosy,
która na roli zalega.

Najdrobniejszą weźcie - ot tu z trawnika -
gospodynię małą komuś,
a biedak utraci to jedno jedyne,
co istnienie czyniło domem.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 158
(Dying! Dying in the night!)

Umierać! Umierać nocą!
Może światło czyjeś ręce wniosą,
Bym widziała wzdłuż jakich brzegów
Iść ku wieczystym śniegom?

A Jezus? Dokąd odszedł Jezus?
Mówią, że On zawsze przychodzi -
Może nie zna tego domu, szuka -
Tędy, Jezu, przepuśćcie Go, tutaj -

Ktoś do wielkiej bramy wybiega -
Spójrz, czy Dollie nadchodzi! Czekaj!
Już na schodach słyszę kroki Dollie,
Przyszła, jest tu - więc śmierć nie boli.

Dollie - zdrobnienie, którym ED
nazywała bratową, Susan Gilbert Dickinson

[nap. 1860, odn. 1945; tł. Ludmiła Marjańska]


# 160
(Just lost, when I was saved!)

Zgubiona - w trakcie zbawienia!
Właśnie gdy świat znikał z oczu,
Właśnie w chwili, gdy Wieczność miała się rozpocząć —
Wtedy powrócił oddech —
Z szumem się wycofała —
Po tamtej stronie — zniechęcona fala!

Kto wrócił, tak jak ja, zwiedziwszy Pogranicze,
Ten pragnąłby wyjawiać jego tajemnice:
Jak Żeglarz, który otarł się o obce lądy,
Jak pobladły Reporter, który z domu zbrodni —
Zanim Pieczęć drzwi zamknie — wyszedł na ulicę!

Następnym razem — zostać!
Następnym razem — doznać
Czego Uchem ogarnąć,
Objąć Okiem nie można —

Następnym razem — zwlekać,
Tempo Wieków hamować zwykłe —
Niech powoli wloką się Stulecia,
Kołują Cykle!

[tł. Stanisław Barańczak]


# 162
(My River runs to thee --)

Rzeka moja do ciebie płynie:
o morze, czy mnie przyjmiesz?
Rzeka moja odpowiedzi czeka.
Morze, witająco spójrz, nie zwlekaj!
Sprowadzę ci strugi i prądy
z najcienistszych zakątków...
Morze niebieskie,
weź mnie!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 165
(A Wounded Deer -- leaps highest --)

Ranny jeleń skacze najwyżej -
Od myśliwego słyszę -
To tylko ekstaza śmierci - 
Potem w zaroślach cisza.

To zgniatana stal sprężynuje -
Wybucha - rażona skała.
Policzek spływa rumieńcem,
Kiedy gorączka pała!

Wesołość to kolczuga udręki -
Uzbrajasz się w nią starannie,
Żeby nikt nie dostrzegł krwawienia,
Nie krzyknął "Jesteś ranny!"
 
[nap. 1860, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]


# 167
(To learn the Transport by the Pain)

Zachwytu uczyć się przez ból -
Jak ślepcy uczą się słońca!
Umrzeć z pragnienia - przeczuwając
Strumień na łące!

Ustać na obcym brzegu -
Z nostalgią, nostalgią nieskrytą -
Gdy ściga w snach ojczysty kraj
I powietrze błękitu -

Oto wszechwładna udręka
I druzgocący los!
To są cierpliwi "laureaci" -
Ich szkolony - na ziemi - głos

Wschodzi niemilknącą kolędą -
Niesłyszalną, to prawda,
Do nas - jakże tępych uczniów
Tajemniczego Barda!

[nap. 1860, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Zachwyt poznawać poprzez Ból — 
Jak Ślepcy poznają słońce!
Konać z pragnienia — słysząc szmer 
Chłodnej Strugi na Łące!

Trwać na obcych wybrzeżach —
Choć rwie się do biegu stopa —
Gdy nas — w błękicie powietrza —
Zapach ojczyzny dopadł!

To — Najświetniejsza Udręka!
To — Najprzedniejsza Niedola!
To — cierpliwi Zdobywcy Laurów, 
Których głosy — wyszkolone — w dole —

Wznoszą się nieprzerwaną Kolędą —
Niedosłyszalne, niestety,
Dla nas — tępszych komentatorów 
Nieznanego Wielkiego Poety!

[tł. Stanisław Barańczak]


# 171
(Wait till the Majesty of Death)

Czekajcie, aż majestat śmierci
otoczy tę mizerną skroń.
A przecie teraz byle fagas
nie raczy się odezwać doń.

Czekajcie, aż w niemijającej
demokrata ten wreszcie stanie szacie,
a potem gadajcie o "awansie",
o "stanowisku" i o "klasie".

Wokół tego niepozornego woraka
ciżba kornych aniołów się zbierze:
świta jego nie lada jaka,
sami purpuraci i rycerze.

Więc i lord nawet mógłby złożyć ukłon
temu niepozornemu ciurze,
skoro go sam Pan, Pan nad pany,
przyjmie kiedyś bez zdziwienia tam, w górze.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 172
('Tis so much joy! 'Tis so much joy!)

Jakaż to radość, jaka radość!
Lecz jeśli klęska - cóż za ubóstwo!
...Wszak tacy jak ja - słabi, mali -
wszystko na jeden rzut stawiali
zwycięski, mimo wahań mnóstwa
tuż przed triumfu paradą!

Cóż - życie to życie, a i śmierć nie inaczej!
Błogość - to błogość, tchnienie - tchnienie znaczy!
Więc jeśli mam doznać klęski,
niechaj przynajmniej wiem dobrze naprzód:
klęska - to klęska i nic jej nie zatrze,
nic po tym już nie zda się ciężkie!

A jeśli wygram - działa z okrętów,
dzwony na wieżach wysoko wspięte,
z wolna ten mój triumf obwieśćcie!
Bo co innego - nadziei lśnienie,
a co innego - w raju ocknienie
i może mnie nagle zgnieść!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna] 


# 177
(Ah, Necromancy Sweet!)

Nekromancjo Czarowna!
Czarna Magio Przemądra!
Naucz mnie jednej rzeczy:

Przepajania tym bólem,
Który nie zna znieczuleń,
Którego lek, amulet,
Zioło, skalpel nie leczy!

[tł. Stanisław Barańczak]


# 181
(I lost a World - the other day!)

W tych dniach straciłam cały świat.
Znalazł go może kto?
Rozpoznasz go po wieńcu gwiazd,
co mu u czoła lśnią.

Dla bogacza nieznaczna to strata,
lecz dla mych skromnych dni
cena jego ponad wszystkie dukaty.
O panie, znajdź go mi!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 182
(If I shouldn't be alive)

O ile bym już nie żyła,
gdy gile wrócą po zimie,
daj temu w krawaciku czerwonym
pogrobową okruszynę.

Jeśli cię dank ominie,
gdy ja spać będę twardo,
wiedz, że próbuję dziękować
granitową wargą.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]

* * * * *

Gdybym nie miała już być żywa,
Gdy Drozdów przyfrunie stadko,
Darujcie Okruch na Pamiątkę
Temu z Czerwoną Krawatką.

Gdybym dziękować wam nie była
W stanie - przez sen zbyt twardy -
Wiedzcie, że staram się - chcę zmusić
Do drgnienia Granit wargi!

[tł. Stanisław Barańczak]


# 185
("Faith" is a fine invention)

"Wiara" to świetny wynalazek,
Gdy można zaufać Oku -
Lecz zdarza się Nagła Potrzeba
Użycia Mikroskopu.

[tł. Stanisław Barańczak]


# 187
(How many times these low feet staggered --)

Ile razy tknęły ziemi te stopy -
Z zespawanych ust się nie dowiesz
Spróbuj - podważ ten przemożny nit -
Rozewrzyj klamry stalowe!

Gładź czoło - ostygłe z gorączek -
Baw się włosów obwisłym pasmem -
Weź w dłoń nieugięte palce,
Z których zdjęła - na zawsze - naparstek -

Mucha tłucze się - bez przeszkód - o okna -
Słońce - śmiało lśni w upstrzonych szybach -
Pajęczyna - w kącie pręży się bez obaw -
Gospodyni - śpi w Kwiatach - leniwa!

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Potknięcia chwiejnych stopek chcesz policzyć?
Pytaj się raczej ust, choć mocno zwartych,
spróbuj podważyć zlutowane nity,
zesunąć rygli tych hartowną wartę.

Głaszcz zziębłe czoło, tak niedawno buchające żarem,
podnieś nieczułych włosów zwisający strąk,
przebieraj wśród skostniałych palców. Wszystko - darmo,
nie wdzieją już naparstka. Martwe są.

Nudno muchy na oknie brzęczą,
bije słońce od piegowatych szyb,
zwisa flaga z sufitu pajęcza...
A ty, niedbała gospodyni, pośród wieńców śpisz!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 189
(It's such a little thing to weep - Life's Trades)

Mała jak łza jest owa rzecz
I krótka jak westchnienie,
Lecz bezgraniczność sprawy tej
Śle nas na zatracenie!

[tł. ?]


# 193
(I shall know why -- when Time is over --)

Dowiem się w końcu, dlaczego - u kresu
Czasu - gdy skończę już pytać, dlaczego:
Chrystus wyjaśni wtedy każdą z udręk
W świetlistej klasie, którą będzie niebo -

On mi przypomni obietnicę Piotra -
Ja w zamian - widząc, cośmy Mu zrobili-
Zapomnę kroplę tej Udręki, która
Parzy mnie teraz - parzy mnie w tej chwili!

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Dowiem się DLACZEGO, gdy sam nawet czas przeminie
i już nie będę pytała - dlaczego?
Jezus Chrystus wytłumaczy każdą udrękę
w pięknych, przejasnych klasach nieba.

Opowie, jak Piotr się wtedy zarzekał,
a ja - w osłupieniu nad Piotra żalem -
zapomnę o tej kropli własnej zgryzoty,
co dzisiaj pali, co teraz tak pali.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]




Emily