# 201
(Two swimmers wrestled on the spar --)
Pływacy dwaj w wyścigu
walczyli aż do zorzy:
jeden z uśmiechem powrócił na ląd...
Drugi... O wielki Boże!
Przypadkowe widziały okręty
twarz martwą na wodach głębokich
z dłońmi błagalnie wyrzuconymi
i do góry wzniesionym okiem.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 207
(Tho' I get home how late -- how late --)
Choć późno, późno - wrócę do dom!
Sam powrót stanie za nagrodę.
Większa to będzie rozkosz pewno,
gdy - naczekawszy się daremno -
śród ciemnej nocy, nocy głuchej
posłyszą, jak ja do drzwi stuknę.
Smakuje szczęście to inaczej,
które nastaje po rozpaczy.
Gdy myśleć - jak zapłonie ogień,
jak te stęsknione oczy drogie
zgadywać zechcą, co ja powiem,
i co odpowie na to ogień -
to się opłaci sto lat drogi!
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 210
(The thought beneath so slight a film --)
Pod nieważkimi powłokami
Wyraźniej myśl widzimy -
Tak piana uwyraźnia falę -
Albo Mgła - Apeniny
[tł. Stanisław Barańczak]
# 211
(Come slowly, Eden! - Apotheosis)
Nadchodź z wolna, Raju!
Nieprzywykłą wargą -
Trwożnie - sączę jaśmin -
Jak pszczoła - co słabnąc
Krąży wokół kwiatu,
Brzęczy - nim się waży
Wejść wreszcie do wnętrza -
I ginie w nektarze.
[nap. 1860, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Przyjdź z wolna - Raju!
Nie nawykłe do Twoich
Jaśminów - nieśmiałe wargi
Muszą się z ich smakiem oswoić -
Jak spóźniona, słabnąca
Pszczoła - przed kwiatu bramą
Brzęcząca swą listę nektarów -
Zanim da się wchłonąć Balsamom.
[tł. Stanisław Barańczak]
# 214
(I taste a liquor never brewed)
Niewarzony dotąd napój sączę
Z kufli drążonych w perle -
Żadne kadzie Nadrenii nie będą
Alkoholu takiego pełne!
Jestem rozpustnicą rosy -
I opojem - powietrzem spita
Wytaczam się z gospód lata
Na drogi zatopione w błękitach -
Kiedy "karczmarz" pijaną pszczołę
Z naparstnicy wyrzuci siłą -
Gdy poniecha "kieliszeczka" motyl -
Mnie się będzie tym lepiej piło!
Aż Serafin kapeluszem śnieżnym machnie -
I do okien podbiegną święci -
By zobaczyć - jak wspartemu o słońce
Pijaczynie w głowie się kręci -
[nap. 1860, odn. 1861(?); tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Spijam nieznany gorzelniom trunek -
Z drążonego w Perle Kieliszka -
Nawet z Nadreńskich Beczek
Taki Alkohol nie tryska!
Nałogowiec Powietrza -
Opój Rosy i Świtu -
W nieskończone letnie dni się wytaczam
Z traktierni Ciekłego Błękitu -
Gdy Szynkarz pijaną Pszczołę
Wyrzuca za drzwi Koniczyny -
Gdy się Motyl od Kielicha odsuwa -
Ja - pić dopiero zaczynam!
Aż Serafy schylą śnieżne Kaptury -
Aż tłum Świętych - do okien podbiegnie -
Aby ujrzeć małego Pijaczka -
O Słońce wspartego chwiejnie -
[tł. Stanisław Barańczak]
* * * * *
Kosztuję płynu dotąd nie warzonego
z drążonego w perłach kufla;
od żadnej kadzi pośród winnic nadreńskich
taki alkohol nie bucha.
Jestem pijanicą powietrza
na rozpustnych z rosą przygodach
i zataczam się przez długie letnie dni
po szafirowych gospodach.
Gdy szynkarz wyprosi wstawione pszczoły
za naparstnicy wrota,
gdy motyl głębszych zaniecha łyków,
będę piła z tym większą ochotą.
Aż serafy swe białe podrzucą cylindry,
i święci z okien wychyną,
by oglądać wspartego o słońce
szczęśliwego pijaczynę.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 216
(Safe in their Alabaster Chambers)
Bezpieczni w swych Komnatach z Alabastru -
Przez Świt ani Południe
Nie niepokojeni -
Śpią korni uczestnicy Zmartwychwstania -
Pod Pułapem z Atłasu - pod Dachem z Kamieni!
Nad nimi - Firmamenty - wydęte Kopuły
Światów - rozległe Lata
W półkolistym biegu -
Poddają się - Książęta - spadają - Korony -
Cicho jak Krople - które - cętkują Krąg Śniegu -
[list 260, Do T. W. Higginsona - pierwszy list, 15 kwietnia 1862; tł. Stanisław Barańczak]
* * * * *
Bezpieczni w swych komnatach z alabastru,
nieczuli na południe, niepomni na brzask
potulni udziałowcy ZMARTWYCHWSTANIA
śpią... stropem ich - atłas, zamiast dachu - głaz.
Śmieje się powiew w pałacu słonecznym;
brzęk pszczół uderza o nieczuły słuch;
ptak muzykuje kadencję najprostszą:
ach, jakiż bystry tu zamarł duch!
W półkrąg nad nimi wyniosłe mkną lata,
wiosłuje firmament, gdzie świat łukiem legł,
kapitulują doże, walą się tiary
głucho jak płatki padające w śnieg.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 239
("Heaven" -- is what I cannot reach! - Forbidden Fruit 2)
"Niebo" - to, czego nie dosięgam!
Już Jabłko na Jabłoni -
Gdy Gałąź dłuższa niż Nadzieja -
Jest "Niebem" - dla mej Dłoni!
Nieśpieszny Obłok - ze swą Barwą -
Cudze Pola - Rozstaje -
Łąka za Wzgórzem - Dom za Łąką -
Już to - jest dla mnie Rajem!
W złudne Purpury Popołudni
Łatwowiernie przebrani -
Wabimy tęsknie - tego Magika -
Co - Wczoraj - wzgardził nami!
[tł. Stanisław Barańczak]
* * * * *
Niebo to jest to, czego nie dosięgnę...
Choćby tylko na drzewie jabłko
- już będzie dla mnie "niebem",
jeśli wisi wysoko nadto.
Barwa na odpływającej chmurze,
grunt, na który wejść zabraniają,
to - co za pagórkiem, to - co za domem...
Tam wszędzie mój raj odnajdę.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 241
(I like a look of agony - Real)
Podoba mi się w Agonii
To - że jest zawsze prawdziwa -
Nie symuluje się Konwulsji,
Ataku Bólu - nie odgrywa -
Oczy się zaszklą raz - Śmiercią -
I nie do podrobienia
Są Paciorki na Czole - nizane
Przez pospolitość Cierpienia.
[tł. Stanisław Barańczak]
* * * * *
Lubię widzieć agonię,
bo wiem, że to nie fałsz;
nikt nie symuluje konwulsji,
nie udaje skurczu ciał.
Oczy szklą się raz tylko - w śmierci.
Nie może to być skłamane,
ani paciorki potu na czole
przez szczerą mękę nizane.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 245
(I held a jewel)
Trzymałam w palcach klejnot -
Zasnęłam w sennej godzinie -
Dzień był ciepły, monotonny -
Pomyślałam: "nie zginie".
Zbudziłam się - uczciwe palce
Obwiniając - znikł cenny kamień -
I teraz wszystko, co posiadam -
To ametystu pamięć -
[nap. 1861, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Trzymałam klejnot w dłoni,
usnęłam za dnia
- dzień był ciepły, powiew nużący -
mówiąc: "Nie spadnie!"
Zbudziłam się, z rzetelnych mych palców
nierada,
bo teraz - ametystowe wspomnienie
to wszystko, co posiadam.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 248
(Why -- do they shut Me out of Heaven?)
Czemu niebo zatrzaskują przede mną?
Czy za głośno śpiewałam?
Ależ - potrafię też nucić w "moll" -
Jak ptak nieśmiała.
Może aniołowie raz jeszcze
Zechcą sprawdzić - zobaczyć - jak szłam -
Czy ich nazbyt trudziłam -
Lecz - nie zatrzaskujcie bram!
Ach, gdybym była - tym Panem
W Białej Szacie - a oni
Rączką - która kołacze -
Czy mogłabym - zabronić?
[nap. 1861, odn. 1929; tł. Ludmiła Marjańska]
# 249
(Wild Nights! Wild Nights!)
Wild Nights! Wild Nights!
Were I with thee,
Wild nights should be
Our luxury.
Futile the winds
To a heart in port
Done with the compass,
Done with the chart.
Rowing in Eden--
Ah, the sea!
Might I but moor tonight
In thee.
- - - - -
Dzikie noce - szalone noce!
O, z tobą wszystkie
Dzikie noce byłyby
Szalonym zbytkiem!
Dla serca w porcie -
Wichry są niczym -
Za burtę kompas -
Map się nie liczy!
Płynąć do raju -
Ach, oceanie!
Zakotwiczyć nocą - w tobie -
W przystani!
[nap. 1861, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Dzikie noce, błędne noce!
Gdybyś ty przy mnie wytrwał,
byłyby takie noce
najkosztowniejszym zbytkiem.
Co znaczą wichry
dla statku w porcie!
Więc precz z busolą,
mapy wyrzućcie.
W raju wiosłować,
pruć morski Eden
i z tobą przybić
do rajskich brzegów.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
* * * * *
Szalone - Dzikie Noce!
Przy Twoim boku
Wiodłyby takie Noce
W Rozkosz i Spokój!
Cóż szkodzą - Wichry -
Sercu w Przystani?
Zbędna Busola -
Koniec z Mapami!
Przez Raj wiosłować - przez Morza
Rozległość!
Byle przybić - tej Nocy - do Brzegu
Twojego!
[tł. Stanisław Barańczak]
* * * * *
Dzikie noce, dzikie noce
A w nich ty i ja
Dziką słodycz pić by można
aż do białego dnia.
Daremne wichry
Gdy serce w przystani
Na nic busola
I mapa na nic.
Wiosłując przez raj
Ach, te morza!
Marzę by w tobie
w tę noc zacumować.
[tł. Maciej Maleńczuk]
# 252
(I can wade Grief --)
Gotowam brnąć przez bólu
niejedną toń
- to zwykła rzecz -
gdy najlżejszy radości wiew
zbija mnie z nóg
i chwieję się jak pijana.
Niech nie szydzi kamień pod nogą
napój był nowy,
nic więcej!
Siła to tylko ból
idący posłusznie w dół
z ciężarem szal.
Olbrzymy od ukojenia
jak ludzie tracą moc.
A dać im Himalaje
- udźwigną!
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
* * * * *
Brodzić w Nieszczęściu - umiem -
Przez każdy jego Strumień
Albo Bagno przechodzę -
Ale prztyczek Radości -
I już na równej drodze
Potykam się - pijana -
Na uciechę Kamykom -
Nie śmiejcie się - tak działa
Na mnie ten Nowy Likwor!
Moc jest to Ból - jedynie
Balastem Dyscypliny
Trzymany na Mieliźnie -
Dać Balsam - Gigantowi -
Opadnie z sił, jak Człowiek -
Zwalić nań Himalaje -
Podźwignie!
[tł. Stanisław Barańczak]
# 254
(Hope is the thing with feathers)
Nadzieja - pierzaste stworzenie -
Mości się w duszy na grzędzie -
Śpiewa piosenkę bez słów -
I zawsze śpiewać będzie -
Najsłodsza - w nawałnicę -
Srogi sztorm musiałby się zerwać -
By spłoszyć małego ptaka,
Który tylu rozgrzewał -
Słyszałam go w mroźnej krainie -
Na morzu obcym i głuchym -
Lecz nigdy - w największej potrzebie -
Nie prosił - mnie - o okruchy -
[nap. 1861, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
"Nadzieja" jest tym upierzonym
Stworzeniem na gałązce
Duszy - co śpiewa melodie
Bez słów i nie milknące -
W świście Wichru - brzmi uszom najsłodziej -
I srogich by trzeba Nawałnic -
Aby spłoszyć maleńkiego ptaka,
Co tak wielu zdołał ogrzać i nakarmić -
Śpiewał mi już na Morzach Obcości -
W Krainach Chłodu -
Nie żądając w zamian Okruszka -
Choć konał z Głodu.
[tł. Stanisław Barańczak]
* * * * *
Nadzieja to pierzasty stwór,
dusza - to grzęda dla niej:
stamtąd bezsłowną melodią brzmi,
co nigdy nie ustanie.
Najsłodsza, gdy szaleje sztorm...
Jakaż by to być musiała ulewa,
której by się wystraszył ptak,
co tysiącom pogodę wyśpiewał.
Słychać go było w najsurowszej z zim,
na najbardziej obcych głębinach,
i nawet mrąc z głodu nie poprosił nikogo
o jedną okruszynę.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 258
(There's a certain Slant of light)
Bywa światła Pochylenie -
Zimą - w Szary Dzień -
Które zgniata nas jak Brzemię
Katedralnych Brzmień -
Niebiańsko nas rani -
Nie uświadczysz blizn,
Tylko wewnątrz zmiany -
Tam, gdzie Znaczeń błysk -
Na nic Wiedza niedorzeczna -
To Pieczęć Rozpaczy -
Cios udręki, co z Powietrza
Spada na nas - władczy -
Gdy się zjawia - tuż przed zmierzchem -
Cichnie Cień i Śnieg -
Gdy odchodzi, jest jak Przestrzeń,
Skąd spogląda Śmierć -
[tł. Stanisław Barańczak]
# 267
(Did we disobey Him?)
Nieposłuszni Jego woli?
Może w jednej chwili —
Gdy kazał nam zapomnieć o Nim —
A myśmy — Go okpili!
Cóż — gdyby nawet był Naiwny
Jak nikt na świecie?
Najwięcej serca — dla Głuptasów
Miewamy — przecież?
[tł. Stanisław Barańczak]
# 271
(A solemn thing -- it was -- I said --)
Jaka to rzecz uroczysta
być białą damą
z jakąś - z wyroku Niebios -
tajemnicą nieznaną.
Rzucić życie do purpurowej studni
jakaż to rzecz straszliwa,
skoro - pozbawione linki - na wieczność
już się nie wydobywa.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 272
(I breathed enough to take the Trick --)
Naoddychałam Się dość, aby
Dziś - gdym Powietrza pozbawiona -
Symulować Oddech tak łudząco -
Że jeśli chce się Ktoś przekonać
O Płuc bezruchu - musi zstąpić
W dół - w komórki Chytrego Ciała -
Własnoręcznie dotknąć Pantomimy
Pary Miechów - co nie czuje nic - zdrętwiała!
[tł. Stanisław Barańczak]
# 275
(Doubt Me! My Dim Companion!)
Nie wątpże, mglisty druhu!
I Bóg rad byłby nawet
z ułamka tej miłości,
którą cię hojnie darzę...
Ja, cała twoja na wieki...
Co można więcej dać,
powiedz mi, a obdarzęć
resztką szczęścia, na jakie mnie stać!
Nie może to być moja dusza,
dawniej tobie oddany skarb
niźli prochu ziemskiego całość...
A jakiż wspanialszy dar
miałabym ja, prosta dziewczyna,
dla której celem najwyższym
- by w jakimś odległym niebie
mogła skormnie ci towarzyszyć.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 276
(Many a phrase has the English language --)
Język angielski ma wiele fraz -
Ja słyszę jedną w wierszu -
Gromką niby głos grzmotu,
Cichą jakby śmiały się świerszcze -
Szemrze jak stare kaspijskie chóry,
Kołysane falą przypływu -
I jak lelek wieczorem
Nową modulację odkrywa -
Olśniewającą ortografią
W mój skromny sen raptem wkracza -
Grzmiąc o swych perspektywach -
Aż poruszona płaczę -
Nie dlatego, że ktoś mi zmartwień
Przyczynił - jeno z radości -
Mów jeszcze, mów, Anglosasie!
Szeptem - jedynie dla mnie!
[nap. 1861, odn. 1935; tł. Ludmiła Marjańska]
# 277
(What if I say I shall not wait!)
A gdybym czekać nie zechciała!
Jeśli rozbiję bramy ciała -
Do Ciebie umknę - ocalona!
Jeśli śmiertelny zewłok odłożę -
Ile wycierpiał - dość spojrzeć -
I w wolności zatonę!
Nie mogą wziąć mnie - po raz wtóry!
Wołanie dział, więzienne mury
Niczym są dla mnie teraz -
Jak przed godziną - śmiech nic nie znaczył -
Koronki - lub wędrowny teatrzyk -
Jak i to - kto wczoraj umierał!
[nap. 1861, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
A może dłużej nie będę zwlekała,
może rozsadzę tę przegrodę z ciała
i ku tobie pomknę - zbieg?
Kto wie, może gdy to śmiertelne oderwę,
dojrzę - co mnie tak uwierało bez przerwy,
i dobrnę po wolność na tamten brzeg?
Już nas przenigdy nie pochwycą...
Niech nalegają działa, groźnie błagają ciemnice:
wszystko to - bez znaczenia dziś,
jak śmiech, co przed godziną nic nie znaczył,
jak koronki, jak scena w wędrownym teatrze
albo wieść, kto też wczoraj zmarł.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 279
(Tie the Strings to my Life, My Lord)
Uwiąż sznur, Panie, do mego życia,
a będę gotowa iść:
Niech tylko spojrzę na koniec...
Dalej! To starczy na dziś!
Posadź mnie po bezpiecznej stronie,
żebym nie spadła w piach,
bo jedziemy na Sąd Ostatni
i z górki wiedzie szlak.
Nie troszczę się ja o mosty
ani o bliskość mórz,
przytrzymana w wieczystym wyścigu
przez ciebie, wybrańca dusz.
Żegnajcież, dni moje zwyczajne,
żegnaj, świecie, w którym zwykłam być...
Jeszcze za mnie te wzgórza pocałuj,
a teraz już mogę iść!
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 280
(I felt a Funeral, in my Brain)
Czułam - szedł pogrzeb w moim mózgu -
Żałobnicy - tu i tam krocząc -
Stąpali ciężko - coraz ciężej -
Aż rozum wyrywać się począł -
A kiedy wszyscy zasiedli -
Grabarze zaczęli walić
Jak bęben - bili bez przerwy -
Aż mój umysł ogarnął paraliż -
Usłyszałam jak podnoszą skrzynię -
I przez duszę moją ciągną Oni -
W skrzypiącym obuwiu z ołowiu -
Wtedy przestrzeń zaczęła dzwonić -
Jakby dzwonem były całe niebiosa -
A uchem tylko - istnienie -
Zaś cisza i ja - samotnym -
Rozbitym - obcym plemieniem -
Potem pękła jakaś deska w mózgu -
I upadłam - i spadałam w próżni -
Raz po raz uderzając jakiś świat -
By na koniec nie móc nic rozróżnić -
[nap. 1861, odn. 1896; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Czułam - przez Mózg przechodził Pogrzeb -
Minuta po minucie
Kondukt szedł - szedł - i deptał we mnie
Butami zdolność czucia
Gdy wszyscy Żałobnicy siedli -
Monotonne egzekwie
Załomotały bębnem - Umysł
Zaczął mi w końcu drętwieć -
Słyszałam - jak podnoszą Skrzynię -
Jak przez Duszę raz jeszcze
Skrzypią ich Ołowiane Buty -
Tu rozdzwoniła się Przestrzeń,
Jakby Niebiosa były Dzwonem -
Uchem - całe Istnienie -
A ja i Cisza - porzuconym
W klęsce - samotnym Plemieniem -
A wtedy - Deska w dnie Rozumu
Trzasnęła - zaczęłam spadać -
Tłukąc się o krawędzie Światów -
Aż je przestałam poznawać -
[tł. Stanisław Barańczak]
* * * * *
Przez mózg przechodził pogrzeb:
żałobnicy po czaszce całej
dreptali, aż wszelkie czucie
we mnie się załamało.
A kiedy posiadali,
w egzekwie jak w bęben
bito, bito, aż rozum
zda się w końcu mi zdrętwiał.
Później słychać było, jak z pudłem
przeskrzypieli przez duszę, depcąc
obuwiem ciężkim jak ołów...
A wtedy zadzwonił przestwór,
jakby całe niebo było dzwonem,
a byt - uchem słuchającym,
ja zaś i cisza - jakimś dziwnym plemieniem
samotnie na brzegu stojącym.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 288
(I'm nobody! Who are you?)
Jestem Nikim! A kim ty jesteś?
Czy także - jesteś - Nikim?
A więc dwoje nas? Nic nie mów,
Bo ogłoszą to - z krzykiem!
Być kimś - jakie to żałosne!
Imienia swego nie pragnę -
Jak żaba - w czerwcu życia - głosić
Przed zachwyconym bagnem!
[nap. 1861, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]
* * * * *
Ja jestem nikt! Kto jesteś ty?
Czyś także nikt? Co za spotkanie!
Jest więc nas dwoje, ale milcz:
Skazano by nas na wygnanie!
Jakie to smutne: zostać kimś!
Wciąż na widoku: żaba śliska,
Co swoje imię cały dzień
Skrzeczy, by znały ją bagniska!
[tł. Artur Międzyrzecki]
* * * * *
Jestem Nikim! A ty?
Czy jesteś - Nikim - Też?
Zatem jest nas aż dwoje?
Pst! Rozejdzie się - wiesz!
Jak monotonnie jest - być Kimś -
Popisującą się Żabą -
Kumkać swe imię - cały Czerwiec -
Stojącym w podziwie Stawom!
[tł. Stanisław Barańczak]
* * * * *
I'm nobody who are you
Are you nobody too?
Than there is a pair of us
Don't tell they advartise you know
I'm nobody who are you
Are you nobody too?
Jestem nikim a ty kim
Czy ty także jesteś nikim
To znaczy byłaby z nas para
I to by się rozniosło zaraz więc milcz
I'm nobody...
Jak ponuro stać się kimś
Żaba co publicznie
Skrzeczy w czerwcu chce się żyć
Bagnu zebranemu licznie
I'm nobody
[tł. Maciej Maleńczuk]
* * * * *
Jam nikt! A ty ktoś, bracie, jest?
Możeś ty nikim też?
Aż dwoje nas, więc cicho bądź,
bo nas wygonią stąd.
Jak nudno być kimś, prawda?
Jak niedyskretnie żabim
oznajmiać swe miano skrzekiem
podziwiającym bagnom.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 289
(I know some lonely Houses off the Road)
Znam domy samotne z dala od dróg,
o jakich marzyłby rabuś:
o ryglach z drewna,
oknach nad ziemią tuż,
zapraszające same
na ganek.
Domy, gdzie mogłoby wkraść się dwóch:
jeden ze złodziejskim sprzętem,
drugi by zbadał oględnie,
czy zasnęło wszystko wszędzie...
Staromodne czyjeś oczy
niełatwo zaskoczyć.
Nocą w kuchni cóż za skrzętny ład,
i tylko zegar stuka.
Zakneblować go nie sztuka,
boć chyba mysz nie szczeknie
ani ściany nie warkną
ze skargą.
Uchylone szkła drgnęły blaskiem,
coś dostrzega almanach;
zamrugał jakby dywanik,
a może - nerwowa gwiazdka?
Księżyc zjeżdża po schodach,
zagląda: kto tam?
Znajdzie się jakaś zdobycz?
Łyżka czy kufel z cyny?
Drogi kamień czy kolczyk?
Zegarek? Staromodna spinka
z babunią do pary
pogrążona we śnie?
Skradać się - sprawa długa;
dzień hałasuje za strugą;
słońce doszło od rana
aż do trzeciego platana...
Zapiał kur:
"Kto tu?"
Echo na pół we mgle
szydzi: "Gdzie? Gdzie?"
A stare ledwo obudzone stadło sądzi, że to świt
pozostawił za sobą uchylone drzwi.
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]
# 291
(How the old Mountains drip with Sunset)
Jak z tych gór starych kapie zachód,
Jak ściana świerków błyska -
Jak szaman - słońce - mroczny gąszcz
Oblewa w żar paleniska -
Jak szkarłat ślą stare iglice
Aż wypełni się kula -
A ja, czy wargę mam flaminga,
Że mówić się ośmielam?
Jak potem ogień spływa w grzywach -
I wszystkich traw dosięga
Zanikający rys szafiru -
Jak odchodząca Księżna -
Jak na miasteczko wpełza zmierzch
I wymazuje dom po domu -
A na ulicy lśnią dziwne żagwie,
Co zapalają się same -
Jak jest noc - w gnieździe - w psiej budzie -
I gdzie las gości -
Tylko się chyli Kopuła Otchłani
Ku samotności -
Taką miewali Guido - Tycjan -
Niewyrażoną wizję ulotną -
Domenichino odrzucił ołówek -
Porażony przez złoto -
[nap. 1861, odn. 1896; tł. Ludmiła Marjańska]
# 294
(The Doomed -- regard the Sunrise)
Skazanym - blask Jutrzenki sprawia
Nie taką samą Przyjemność -
Bo nie są pewni - czy nazajutrz
Ujrzą coś więcej niż Ciemność -
Człowiek - który ma umrzeć - jutro -
Gwizd Ptaka uchem łowi -
Bo jest w tym Śpiewie - świst Topora
Żądnego jego głowy -
Radość - to kiedy blask Jutrzenki
Jest Bramą w Dzień rozległy -
Radość - to kiedy Ptak ma dla nas
Cokolwiek - prócz Elegii!
[tł. Stanisław Barańczak]
# 298
(Alone, I cannot be --)
Nie, nie znam samotności -
Odwiedzają mnie goście -
Nieprzeliczone zastępy -
Drwią sobie z drzwi zamkniętych -
Nie mają szat ani imion -
Almanachów - ni krajów -
Lecz nieokreślone domy
Jak gnomy -
Kurierzy w moim wnętrzu
Dają znać, że są w drodze -
Odejścia nie ogłaszają -
Bo nigdy nie odchodzą -
[nap. 1861, odn. 1932; tł. Ludmiła Marjańska]
Emily