Numeracja utworu określa jego kolejność chronologiczną:
pierwsza data (nap.) mówi o prawdopodobnym roku jego napisania, druga (odn.) - podaje rok, w którym został odnaleziony.

WIERSZE
# 301 # 303 # 305 # 311 # 315 # 318 # 319 # 320 # 321 # 322
# 323 # 324 # 326 # 327 # 328 # 333 # 335 # 338 # 341 # 347
# 348 # 357 # 361 # 370 # 371 # 374 # 377 # 389 # 393 #


# 301
(I reason, earth is short)

Rozważam - ziemia tak krótko -
Cierpienie - absolutne -
Tylu zranionych w smutku -
Jednak - cóż z tego?

Rozważam - śmierć - nie ma rady -
I największa Żywotność
Nie zwycięży Rozkładu -
Jednak - cóż z tego?

Rozmyślam - tam, przed Panem -
Z innymi na równi stanę -
Zrównanie będzie dane -
Jednak - cóż z tego?

[nap. 1862, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Wiem - niedługo nas Ziemia
Absolutem Cierpienia
Ogłusza i oniemia
Ale co z tego?

Wiem - w końcu jest Agonia -
I moc Życia ogromna
Rozkładu nie pokona -
Ale co z tego?

Wiem - w Niebie to się stanie
Słuszne - będzie nam dane
Jakieś nowe Równanie -
Ale co z tego?

[tł. Stanisław Barańczak]


# 303
(The soul selects her own society - Exclusion)

Dusza sama towarzystwo dobiera -
Potem drzwi zamyka - na łańcuch -
Nie prowadź nikogo więcej
Między jej świetnych wybrańców -

Niewzruszona - patrzy jak rydwany
Przystają u bramy ubogiej -
Niewzruszona - choćby ceszrz ukląkł
Pod jej progiem -

Znam ją - z licznego narodu
Jednemu podała ramię -
I zawarła podwoje uwagi -
Jak kamień -

[nap. 1862, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Dusza dobiera sobie Towarzystwo -
I - zatrzaskuje Drzwi -
Jak Bóg - ma w sobie prawie Wszystko -
A z Reszty sobie drwi -

Nie dba - że tłoczą się Rydwany
U jej pochyłych Bram -
Że na wytartym jej Dywanie
Przyklęka Cesarz sam -

Wiem, jak z nią jest - gdy z Rzesz wybiera
Kogoś Jednego - raz -
Zamyka się jak Śluza - zwiera
W sobie - jak Głaz -

[tł. Stanisław Barańczak] 

* * * * *

Dusza dobiera sobie kompanię
i drzwi zamyka.
Odtąd nawet swych najwierniejszych
unika.

Bez zdziwienia spostrzega karocę
u swoich niskich wrót
i - jak klęknął cesarz na macie,
co kryje próg.

Bywa, że z ciżby nieprzeliczonej
jednego wybiera skinieniem,
a potem zatrzaskuje na głucho uwagę
i staje się - z kamienia.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 305
(The difference between Despair)

Różnica między rozpaczą
A strachem - jest taka sama
Jak między momentem rozbicia
A tym, gdy już stał się dramat -

Umysł - w błogim bezruchu -
Spokojny jak oczy w twarzy
Popiersia - które wie -
Że nic nie może zobaczyć -

[nap. 1862, odn. 1914; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Pomiędzy Trwogą a Rozpaczą
Różnica - jest ta sama -
Co między chwilą Katastrofy
A czasem, gdy już się stała -

Myśl trwa bez Ruchu - i bez Potrzeb -
Jak Oko bez Źrenicy 
Na twarzy marmurowej Rzeźby -
Co wie - że nic nie widzi -

[tł. Stanisław Barańczak] 


# 311
(It sifts from Leaden Sieves--)

Sypiąc się z Sit z Ołowiu,
Oprósza Drzew wierzchołki -
Alabastrową Wełną
Wypełnia zmarszczki Drogi -

Wygładza Cerę Twarzom
Szczytów i Nizin - od Wschodu
Znów do Wschodu zaciera
Bruzdy na Czole Globu -

Każdą ze Sztachet Płotu
Spowija białym Runem,
Aż jej nie widać - składa
Niebiański Podarunek

Pniom - Kominom - Badylom
W opuszczonej przez Lato
Izbie - w Przestrzeni Pól,
Niepomnej Żniw - lecz on za to

Byle Palik - jak Przegub Królowej -
Otula w Koronek Biele -
I każe zniknąć - jak Duchom -
Swym Pomocnikom w tym Dziele -

[list 706, Do Pani J. S. Cooper, około roku 1881; tł. Stanisław Barańczak]


# 315
(He fumbles at your Soul)

On gmera w twojej Duszy
Jak Muzyk - co trąca dla próby
Klawisze - nim Muzyką spadnie -
Stopniowo ogłuszać lubi -
Przygotowuje twą kruchą
Naturę - na Cios z Eteru -
Słabszym Młotem - słyszalnym wpierw z dala -
Potem bliżej - i Wtedy dopiero -
Tak wolno, że Dech zdąży zamrzeć -
Mózg kipiący - ostygnąć - przez powietrze
Spuści - Jeden - monarszy - Piorun -
Który Duszę z nagiej skóry obedrze -

Gdy Wiatr bierze Las w swoje Łapy -
Wszechświat trwa nieruchomo - bezwietrznie -

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Po omacku trąca ducha,
jak muzyk trąca klawisze,
nim pełnią dźwięku wybuchnie
- odrętwia, stopniowo przycisza.

Umacnia kruchość człowieka,
dostraja ją do ciosu
coraz słabszymi młoteczkami,
bliższymi, to dalszym głosem,

aż się wyrówna oddech,
na mózg spłynie równowaga...
A wtedy królewski obedrze piorun
duszę z jej osłon do naga.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 318
(I'll tell you how the Sun rose -- - A day)

Opowiem jak wzeszło słońce –
Za wstęgą wstęga –
Wieże płynęły w ametyście –
Wieść jak wiewiórka biegła –
Wzgórza rozwiązały kapturki –
Kosy – zaczęły koncert –
Wtedy szepnęłam do siebie –
"To chyba słońce"!
Lecz jak zachodziło – nie wiem –
Może przez szkarłatny przełaz,
Na który czereda żółciutkich
Malców szybko się wspięła –
A gdy przeszła na drugą stronę,
Opiekun w szarym stroju –
Zasunął lekko skobel nocy
I wywiódł trzódkę swoją -

[nap. 1860, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Opowiem ci, jak wzeszło Słońce -
Wpierw - Wstążka nad pagórkiem -
Wieżyczki w morzu Ametystu -
Nowiny jak Wiewiórki
Śmignęły - Wzgórza zdjęły Czepki -
Skowronki zaczęły Łące
Dzwonić - i powiedziałam sobie:
"To musiało być Słońce!"
Ale jak zaszło - nie wiem -
Na purpurowy przełaz
Gromadka Złotych dzieci jakby
Przez cały czas się pięła -
Aż - gdy na drugą stronę przeszły -
Opiekun w Szarym Stroju -
Zasunął cicho Rygiel zmierzchu -
I powiódł je do domu -

[list 260, Do T. W. Higginsona - pierwszy list, 15 kwietnia 1862; tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Opowiem, jak wzeszło słońce
pasmem po pasmie wstąg:
wieże zagrały ametystem,
orędzie rozbiegło się w krąg.

Rozwiązały się czepeczki wzgórzom,
zagwizdał drozdów chór,
aż powiedziałam sobie cicho:
"To chyba słońca wschód!"
. . . . . . . . . . . . . .

Jak zachodziło - nie wiem...
Z fijoletu przełaz był,
żółciutkie przezeń malce
pospieszały co sił.

Aż gdy były po tamtej stronie,
zakapturzony bakałarz
zasunął cicho rygle wieczoru
i zabrał stadko całe.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 319
(The nearest Dream recedes -- unrealized --)

Najbliższe z Marzeń znika - niespełnione -
Pogoń za Niebem nasza
Jest jak ten Pościg - do którego
Pszczoła Chłopca zaprasza -
Przysiada - na kwiat Koniczyny -
Umyka - droczy się znowu -
By wznieść się - pod Obłoków Tron -
Strzelistym Masztem wzlotu - 
Nie bacząc na Chłopca - który
Patrzy w niebo - przez nie wyśmiany -
I śni smak niezawodnego Miodu -
Ale żadna latająca Pszczoła
Nie wytwarza tej rzadkiej odmiany!
 
[list 260, Do T. W. Higginsona - pierwszy list, 15 kwietnia 1862; tł. Stanisław Barańczak]


# 320
(We play at Paste --)

Dla zabawy wytapiamy Szkiełka -
Aż wolno nam Perły wziąć w ręce -
Odrzucamy wtedy Sztuczne Błyskotki -
Śmieszą nas głupstwa dziecięce -

Ale nasze nowe Ręce czują:
Kształt ten sam - różnica tylko w blasku -
Całą Taktykę wobec Klejnotów
Wpierw poznały, dotykając Piasku -

[list 260, Do T. W. Higginsona - pierwszy list, 15 kwietnia 1862; tł. Stanisław Barańczak]


# 321
(Of all the Sounds despatched abroad)

Ze wszystkich Dźwięków w świat wysłanych
Żaden nie działa na mnie
Tak jak ta stara śpiewka Liści -
Niezmienne falowanie
Melodii, którą Wiatr - jak Niebo
Przeczesująca Ręka -
Wyrywa Bogom i mnie wręcza
W roztrzepotanych pękach -

Spadek - tym dla nas jest ów szum -
Nie można go zdobyć - Złodziej
Nam go nie skradnie, skoro Zysk
Nie z naszej Ręki pochodzi
I nie da się z niej wydrzeć: jest
Wewnętrzniej niż kość, czujnie
Skryty - skarb wszystkich naszych Dni -
Nawet gdy z nami w Urnie
Spocznie, nie mogłabym zaręczyć,
Że w jakieś dziwne Święto
Nie wstanie, aby po swojemu
Podjąć tę grę zaczętą -
Wraz z bębniącymi w nasze drzwi
Wietrznymi Kapelami,
W których Chór Ptaków ponad głową
Ma swój akompaniament.

Modlę się do Gałęzi Letnich
O łaskę dla Wyrzutka,
Który Drzew bezcielesnej, wzniosłej
Pieśni nigdy nie słuchał -
Tej Karawany Szumu, z Pustyń
Przez Niebo wędrującej
Sznurem, co pruje się
I znowu
Bez Szwu w ten sam Sznur łączy -

[list 261, Do T. W. Higginsona - drugi list, 25 kwietnia 1862; tł. Stanisław Barańczak]


# 322
(There came a Day at Summer's full)

U szczytu Lata nastał Dzień
Cały wyłącznie dla mnie -
Sądziłam, że się tylko Świętym
To zdarza - gdy Zmartwychwstanie -

Słońce jak zwykle wzeszło - kwiaty
Kwitły z przyzwyczajenia,
Jakby nie minął przełomowy
Moment, co wszystko zmienia -

Słowo nie śmiało profanować
Tego dnia - znaki mowy
Były mu zbędne tak jak Szaty
Pana - Sakramentowi -

Każdy Zamkniętym był Kościołem,
Gdzie tylko tego ranka
Komunię wolno było przyjąć -
Przed Wieczerzą Baranka.

Godziny mknęły - jak to one -
W garść wzięte chciwą - tak w tył biegną
Spojrzenia z ruf dwóch statków, które
Płyną ku przeciwległym brzegom -

Aż, gdy czas wszystek się wysączył
I cały wokół świat był ciszą,
Przyrzekliśmy nawzajem sobie
Na krzyże w dłoniach - innych przysiąg

Nie trzeba było - że gdy straci
Władzę Grób - każde z nas powstanie
I nowy Ślub nam wynagrodzi
Kalwarię - jaką jest Kochanie -

[list 261, Do T. W. Higginsona - drugi list, 25 kwietnia 1862; tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Nadszedł jeden dzień pełni lata
mnie darowany łaskawie...
Sądziłam, że tylko świętym
dane takie dni dla obajwień...

Słońce zwyczajnie sobie wzeszło,
zwyczajnie kwiat się plenił,
jak gdyby żadna dusza 
nie odradzała się w przesileniu.

Chwili nie kalał żaden głos,
zbędny był symbol słowa,
jak zbędną bywa w świętej hostii
postać i twarz Chrystusowa.

Jak w opieczętowanych kościołach
- wolno nam było choć raz
komunikować, by Baranek
za obcych nie poczytał nas.

Godziny znikały szybko
z rąk chciwie uczepionych,
jak twarze na pokładach dwóch statków
w przeciwne płynących strony.

Aż kiedy uszedł wszystek czas,
wśród niezmąconej ciszy
krzyżeśmy zamienili wraz
nie żądając innych przysiąg.

Krzyże - zadatek zmartwychwstania...
Abdykuje wreszcie grób.
Po tej golgocie miłowania
nowy nas złączy ślub.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 323
(As if I asked a common Alms)

Tak jakbym o Jałmużnę zwykłą
Prosiła - a Nieznajomy
Wcisnął w niepewną dłoń Królestwo,
Żebraczkę oszołomił -
Tak jakby Wschód, gdy o Poranek
Pytam go jak o łaskę -
Podniósł Zapory purpurowe
I zdruzgotał mnie Brzaskiem!

[tł. Stanisław Barańczak]


# 324
(Some keep the Sabbath going to church - A service of song)

Inni święta obchodzą w kościele -
A ja w domu - i jaka radość -
Gdy kos prowadzi chór -
Pod sklepieniem sadu -

Inni w święta wkładają komże -
Ja tylko skrzydła przypinam -
I nie zakrystian bije w dzwon,
A chrabąszcz buczeć zaczyna.

Bóg naucza, znamienity duchowny -
A kazanie nigdy nie jest długie -
I zamiast kiedyś dostać się do nieba -
Cały czas tam sobie wędruję.

[nap. 1860, odn. 1864; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Chociaż niejeden w święta rad
kościelnych trzymać się stref,
dla mnie najlepszą świątynią - sad,
gdzie drozdy wiodą śpiew.

I choć niektórzy komże kładą,
ja wkładam loty z piór,
a zamiast dzwonów na modlitwę
słychać ptaszęcy chór.

Znamienity kapłan, sam dobry Bóg,
ma do nas kazanie krótkie...
Nie spieszno mi więc za niebieski próg
i żyję pomalutku.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 326
(I cannot dance upon my Toes --)

Nie umiem tańczyć na Pointach -
Nie szkolił mnie nikt w tej sztuce -
Lecz nieraz taka Radość
Opanowuje mi duszę,

Że gdybym znała się na Krokach
I Figurach Baletu -
Tancerze bledliby na widok
Mojego Piruetu -

I, nawet bez powiewnych Tiulów,
Ufryzowanych Loków,
Bez olśniewania Widzów serią
Ptasich podniebnych Wzlotów,

Bez udawania kłaczka Puchu
Lub płatka Śniegu, wiatrem
Poniesionego w dal, nad grzmiącym
Oklaskami Teatrem -

Bez wielkich liter na Afiszu -
Bez Znawców, którzy pojmą,
Ile się w Kunszcie mieści Trudu -
Stoję przed pełną Widownią -

[list 271, Do T. W. Higginsona, sierpień 1862; tł. Stanisław Barańczak]


# 327
(Before I got my eye put out)

Zanim straciłam wzrok - ceniłam
Ten zmysł jak każde Stworzenie -
Które ma Oczy i nie myśli
Nawet - że mogłoby nie mieć -

Lecz gdyby ktoś mi Dziś powiedział -
Że mogę mieć niebo całe
Dla siebie - Serce by mi pękło
Pod tak radosnym ciężarem -

Łąki - na własność -
Góry - Lasy -
Gwiazdy - bez Ograniczeń -
Tyle Dnia, ile zmieszczę między
Dwie skończone źrenice -

Ruch Skrzydeł Ptaka, gdy Lot Zniża -
Bursztynowy Gościniec
Poranku - dla mnie - dla mych oczu -
Ta Wieść zabiłaby mnie -

Bezpieczniejsze chyba - próby duszy
Przez Szybę przenikającej
Domysłem - jak Inni - okiem
Niebacznie wpatrzonym - w Słońce -

[list 271, Do T. W. Higginsona, sierpień 1862; tł. Stanisław Barańczak]


# 328
(A Bird came down the Walk --)

Ptak przyskakał po Ścieżce -
Nieświadom, że go widzę -
Wpierw rozpołowił dziobem
I zjadł na surowo Dżdżownicę -

Potem popił ją Rosą
Z dogodnego źdźbła Trawy -
Pod Mur uskoczył - spłoszony
Jakimś Żukiem niemrawym -

Bystre oczy strzelały
Dokoła spojrzeniami -
Czarne Paciorki Trwogi -
Jego Głowy Aksamit

Drgał, targany przez Groźby -
Rzuciłam ostrożną Ręką
Okruch - rozpostarł pióra
i odpłynął tak miękko,

Jak Wiosła krojące Ocean -
Zbyt srebrny, by szwy pozostały -
Lub Motyl - co spada bez plusku 
Z urwisk Dnia w Bezdenne Upały -

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Ptak maszerował ścieżką,
nie wiedział, że nań patrzę,
rozdziobał glizdę na połowy
i zjadł obie części smacznie.

Potem się napił rosy
z dogodnego w trawie listka
i w paru skokach dopadł muru,
by przepuścić spieszącą modliszkę...

Toczyły koło bystre oczy
szybciutko, nieuchwytnie
niby spłoszone pacioreczki
pod czółkiem aksamitnym.

Bał się... Kiedy ostrożnie
podałam mu okruszynę,
rozpuścił wszystkie barwne lotki
i leciutko precz odpłynął

lżej niż jakiekolwiek wiosło
w oceanu gładkim srebrze,
niż motyl, kiedy rzuca się
bez plusku - w południa powietrze.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 333
(The Grass so little has to do --)

Trawa tak mało miewa zajęć,
Zwyczajna kępa zieloności,
Motyle tylko ma hodować
I pszczoły ma zapraszać w gości.

Rusza się w takt melodii ślicznych,
Które przynosi bryza ze sobą;
Kołysze słońce na swym łonie,
Kłania się rzeczom i osobom.

Nocą przywdziewa perły rosy
I tak promiennym blaskiem świeci,
Że i księżniczki powszednieją
Przy tak wspaniałej toalecie.

Nawet gdy umrze, tak zawrotnie
W boski aromat się przemienia,
Że idą spać zapachy sosny,
Wonnych korzeni słabną tchnienia.

W stodole mając dom udzielny
Śni wówczas od samego rana -
Trawa tak mało miewa zajęć!
Chciałabym zostać wiązką siana!

[tł. Artur Międzyrzecki]


# 335
('Tis not that Dying hurts us so --)

Nie to, że Umieranie boli
Bardziej niż Życie - na pewno
Boli jednak inaczej - to Ból,
Który dzieje się za Drzwiami - na Zewnątrz -

To - Obyczaj Południowy - Ptaka, 
Który leci ku cieplejszym Rajom
Jeszcze zanim Mróz ściśnie - gdy my -
To te Ptaki, które - zostają -

Które drżą pod wrotami Zagrody
I czekają na niechętny Okruch -
Póki Śniegi litościwe - Upierzeniu
Nie przemówią wreszcie do rozsądku -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 338
(I know that He exists)

Ja wiem, że On istnieje.
Gdzieś - w Milczeniu - ukrywa
Swoje jedyne życie
Przed tłumem naszych oczu.

To taka gra chwilowa -
To - przychylna Zasadzka -
Po to, by nas Błogostan
Sprawiedliwej zaskoczył!

Lecz - kiedy gra się staje
Przenikliwie na serio -
Gdy iskrę w oku gasi
Śmierć - stężałą powieką -

Czy koszt całej zabawy
Nie jest wygórowany?
Czy żart się nie posuwa
O wiele - za daleko?

[tł. Stanisław Barańczak]


# 341
(After great pain, a formal feeling comes --)

Wielki ból zastępuje rutyna cierpienia -
Jak trawa Grób, tak Nerwy porasta konwenans -
Zdrętwiałe Serce nie wie - czy to w nim te ćwieki
Naprawdę tkwiły? kiedy - Wczoraj? czy przed Wiekiem?

Stopy drepczą bezwiednie po Chodniku wąskim
Z drewniałego Powietrza, Ziemi, Obowiązku -
I niezauważalnie
Twardnieje cierpienie
W Kwarc pogodzenia - w uciszenia Krzemień -

Ołowiana Godzina -
Kto przetrwał, ten ją wspomina
Tak jak ktoś, kto zamarzał, wspomina Biel Śnieżną -
Ziąb - potem Odrętwienie - potem wszystko jedno -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 347
(When night is almost done - Dawn)

Kiedy noc nieomal się kończy -
I niemal dotykamy kosmosu -
Tak bliski jest wschód słońca -
To czas, by przygładzić włosy -

Dołeczki ukazać w uśmiechu
I dziwić się, że strachu tyle
Napędziła nam stara, zblakła
Północ - chociaż przez chwilę -

[nap. 1862, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]


# 348
(I dreaded that first Robin, so)

Tak trwożył mnie ten pierwszy Drozd -
Lecz teraz - już nim władam,
Przyzwyczajona doń niezgorzej -
Choć trochę boli - nadal -

Myślałam - dożyć chwili, kiedy
Ten pierwszy Krzyk ustanie -
A już mnie Fortepiany Borów
Nie wciągną w paszcz otchłanie -

Z lękiem myślałam o spotkaniu
Z Żonkila Suknią Złotą -
Przeszyłaby mnie na wskroś swoją
Jaskrawo obcą modą -
Pragnęłam, aby Trawa rosła
Szybciej - gdy już przestanie,
Niech będzie zbyt wysoka, aby
Z góry spoglądać na mnie -

Nie mogłam ścierpieć myśli o tym, 
Że wrócą Pszczoły - niechaj
Śpią w mrocznych krajach - czyż zna któraś
Słowo, na jakie czekam?

Są jednak tu; nikt z nich nie zawiódł -
Ni Kwiat, ni skrawek Darni
Nie wstrzymał się, by nie urazić
Mnie - Królowej Kalwarii -

Dziecinnym Pióropuszem macham,
Gdy salutują - wierni -
I godzę się - po sierocemu -
Na bezmyślność ich Werbli -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 357
(God is a distant -- stately Lover --)

Bóg - to daleki i dostojny
Amant - w konkury nam przesyła
Syna - Zaloty przez Zastępcę -
Zupełnie jak "Miles" i "Priscilla" * -

Lecz żeby Dusza nie wybrała
Gońca miast przyjąć Oświadczyny -
Ręczy - ogromne mrużąc Oko -
Że "Miles" i "John" to Synonimy -

* Postaci z opowiadania Henry`ego Wadswortha Longfellowa pt. "Courtship of Miles Standish":
Miles, starający się o rękę Priscilli Mullins, wyręcza się w zalotach Johnem Aldenem,
w którym Priscilla ostatecznie się zakochuje
[tł. Stanisław Barańczak]


# 361
(What I can do -- I will --)

Co mogę - zrobię - choćby była
To rzecz drobniejsza od Żonkila -
Czego nie mogę - jest najpewniej
Czymś, o czym i Możliwość nie wie -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 370
(Heaven is so far of the Mind)

Niebo i Umysł - dzieli dystans
Tak wielki - że gdyby znikł Umysł -
Nie dojrzałby - gdzie Niebo - nawet
Architekt - Znawca Ruin -

Bezmierne - jak Pojętność nasza -
Jasne - jak nasze pojęcie -
Kto dostatecznie silnie pragnie,
Znajdzie je Tutaj - wszędzie -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 371
(A precious -- mouldering pleasure -- 'tis --)

Spotkać antyczną księgę
- cenna to, choć zmurszała radość -
w stroju, jaki wówczas był w modzie.
...I przywilej nie lada

ująć czcigodną jej dłoń,
by ją we własnej ogrzać,
cofając się o parę kroków
do czasów, gdy była młoda.

Przejrzeć jej dziwne poglądy
i zbadać tok jej dociekań
na temat obojgu nam wspólny
literatury sprzed wieków.

Co wówczas wabiło uczonych,
jakie były współzawodnictwa,
gdy Sofokles już był dorosły,
a Platon naprawdę istniał.

Czas z Safoną żywą współczesny
lub - gdy wokół Beatryczy świecił
blask, co go ubóstwiał Dante...
Zdarzenia sprzed stuleci

księga traktuje za pan brat...
To jakby ktoś do nas przybył
z kraju, gdzie marzenia posiano,
i ogłosił, że one są żywe.

By czarodziejską bliskość
zechciała swą dla nas przedłużyć
- radłbyś, lecz zalotne tomisko
trzęsie głową, welinowe kartki mruży.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 374
(I went to Heaven --)

Poszłam do nieba -
To miasteczko głuche -
Oświetlone rubinem -
Wyściełane puchem -

Cichsze - niż pola
W rosie nad ranem -
Piękne jak obraz
Nie narysowany -

Ludzie jak ćmy -
Ramy z koronek -
Obowiązki - jak babie lato -
Imiona - puch edredonów -

Mogłabym niemal
Cieszyć się tym wszystkim
W tak niezrównanym
Towarzystwie -
 
[nap. 1862, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]


# 377
(To lose one's faith -- surpass - Lost Faith)

Stracić wiarę - to więcej
Niż majątek postradać -
Dobra można odzyskać -
Lecz nie wiarę -

Jedynie raz - razem z życiem -
Wierzenia dziedziczycie -
Lecz klauzulę - choćby jedną - wymażesz -
A stajesz się - nędzarzem -

[nap. 1862, odn. 1896; tł. Ludmiła Marjańska]


# 389
(There's been a Death, in the Opposite House)

Śmierć weszła w dom naprzeciw -
Nie dalej jak dzisiaj - wiem -
Poznaję, bo taki dom
Przybiera wygląd niemy -

Sąsiedzi wchodzą - wychodzą -
Doktor odjeżdża spod bramy -
Okno jak strąk się otwiera -
Raptownie - jak gdyby samo -

Ktoś wyrzuca materac -
Chłopcy przemykają obok -
Ciekawi, czy tamten umarł
Na znaną im - z dzieciństwa - chorobę -

Pastor wchodzi z powagą - sztywno -
Jakby dom należał do niego -
A także rodzina w żałobie
I nawet ci chłopcy - co biegną -

Potem wchodzą dwaj ludzie
O fachu budzącym grozę -
Aby wziąć miarę na Dom -

Wkrótce kondukt w czerni i powozy
Strojne w czarne kity stąd ruszą -
Z tych oznak łatwo wieścić -

Intuicją wyczuć nowinę -
W zwyczajnym małym mieście -

[nap. 1862, odn. 1896; tł. Ludmiła Marjańska]


# 393
(Did Our Best Moment last --)

Gdyby Nasz Najlepszy Moment trwał -
Niepotrzebnym uczyniłby Niebo -
Tę Nagrodę dla nielicznych - za Ryzyko -
Więc nie daje nam się zażyć - Takiego -

Tylko jako pobudzający
Środek - w przypadkach Rozpaczy -
Odrętwienia - Niebiański Moment
Wydzielają nam - Żelazne Zapasy -

Boski Przydział - jedno Pewne - ledwie
Trafi do nas - będzie Wycofany -
I olśnioną Duszę pozostawi
W jej Pokojach nieumeblowanych

[tł. Stanisław Barańczak]



Emily