Numeracja utworu określa jego kolejność chronologiczną:
pierwsza data (nap.) mówi o prawdopodobnym roku jego napisania, druga (odn.) - podaje rok, w którym został odnaleziony.

WIERSZE
# 502 # 506 # 509 # 510 # 511 # 520 # 524 # 525 # 526 # 528
# 536 # 540 # 546 # 547 # 549 # 556 # 566 # 569 # 577 # 579
# 581 # 583 # 585 # 589 # 599 # 600 # # # #


# 502
(At least -- to pray -- is left -- is left --)

W końcu już tylko modlitwa...
O Chryste, w tej przestrzeni
nie wiem, gdzie twoja siedziba skryta...
Kołacę, szukam wszędzie.

Wszak to ty wstrząsasz na Południu globem,
rozkazujesz odmętom w toni...
O Jezu Chryste z Nazaretu,
czy nie masz dla mnie broni?!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]

* * * * *

Modlić się - choć to - choć to jedno
Zostało - lecz nie wiem - Chryste -
Gdzie w tym Powietrzu mieszkasz - stukam
W Drzwi - po kolei - wszystkie -

Ziemi drżeć każesz na Południu -
Prąd wzniecasz w Oceanie -
Jezusie z Nazaretu - czemu
Nie wesprze Mnie Twoje Ramię?

[tł. Stanisław Barańczak]


# 506
(He touched me, so I live to know)

Dotknął mnie tylko i - bez słów
wiedziałam, że mi wolno znów
na jego pierś się skłonić...
Miejsce bez granic, rozległy brzeg,
gdzie uciszony szum drobnych rzek
w ogromnej morskiej toni.

I teraz już inna. Tak
jakby mnie okrył królewski płaszcz
lub wznioślejsze żywiło powietrze,
bo z cygańskich mych rysów opór znikł
i stopy ze ścieżek błędnych tych
na drogi kierują się leksze.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 509
(If anybody's friend be dead)

Jeśli komu umrze z druhów ktoś,
najprzykrzejszą rzeczą zda się
myśleć, jak było się z nimi wraz
o takim a takim czasie...

Jaki ich strój niedzielny był,
jaki - kunszt fryzury na głowie,
jaki dowcipny kogoś z nich żart,
którego już nikt nie opowie.

Jak serdeczni byli owego dnia
- prawie pamiętna to data -
tak to niedawno, a przecież
już jakby przed stu laty.

Jak radzi się zdali z naszych kilku słów...
...Gdybyż można wskrzesić ich uśmiech!
Lecz na ich miejscu już tylko chłód...
A kiedyś, może później,

był jakiś mały u nas fajf,
parę osób, które lubimy,
i rozmowa - dotąd jej pamięć trwa -
na tematy jakże olbrzymie!

Gdzież dziś te zaproszenia,
gdzie rozmowy i życzenia,
gdzie sądy własne i pewne?...
Ach, w tym naszej żałości rzewność!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 510
(It was not Death, for I stood up)

Nie Śmierć to była - stałam bowiem -
A Zmarli leżą - wszyscy -
Nie Noc - ziajały w słońcu Dzwony,
Języki wywiesiwszy -

Nie Mróz - bo Ciało mi owiewał
Sirocca ciepły podmuch -
Nie Żar - bo Marmur stóp miał w sobie
Całe Kościoły chłodu -

A jednak - był w tym smak ich wszystkich -
Było coś ze mnie samej
W każdym z tych, których przed Pochówkiem
Myjemy - ubieramy -

Jakby ktoś oporządzał moje
Życie - otaczał trumną -
Ucinał oddech szczelnym wiekiem -
Było w tym coś jak Północ,

Gdy wszystko, co tykało - cichnie -
A wokół - wzrok Przestrzeni -
Lub jak Przymrozek - gdy przed świtem
Anuluje Puls Ziemi -

Lecz głównie Chaos - ciągły - chłodny -
Bez Deski Ratunku - bez Wiosła -
Bez krzyku "Ziemia!" - który chociaż
Umotywowałby - Rozpacz.
 
[tł. Stanisław Barańczak]


# 511
(If you were coming in the Fall)

A gdybyś przybyć jesienią miał,
strzepnęłabym lato na bok
jak muszkę, z uśmiechem na pół,
na pół ze wzgardą.

Gdybym cię mogła zobaczyć za rok,
kładłabym do osobnych szufladek
miesiąców kłębki szare,
zanim by czas ich miał nadejść.

Gdyby zwlekały tylko stulecia,
liczyłabym je na palcach szybko
odejmując, aż ręka w dół poleci
ku van Diemeńskiej wyspie.

A gdyby pewność, że na końcu
wszelkiego życia nasze dwa pozostaną,
rzuciłabym już dziś swoje precz jak łupinkę,
by zakosztować wieczności nieznanej.

Lecz teraz, kiedy skrzydło czasu
bije nierównym rytmem,
to wieczność dżga mnie tylko żądłem
nieimiennym i nieuchwytnym.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 520
(I started Early -- Took my Dog --)

O Świcie wzięłam Psa - i poszłam
Zobaczyć się z Oceanem –
Syreny z wodnych Suteren
Wyszły mi na spotkanie –

Fregaty - z Pierwszego Piętra
Wyciągały Konopne Dłonie –
Biorąc mnie za Mysz - wyrzuconą
Na Piach przez Fale słone –

Nie tknął mnie Nikt – dopiero Przypływ
Podpełzł do czubka Trzewika –
Rąbka Fartucha – Paska –
Płóciennego Stanika –

Groził, że mnie pochłonie całą –
Jak Rosa, co przemoczyła
Rękaw łodyżki Mlecza –
Wtedy – ja też ruszyłam –

A on – on za mną pełzł – o krok –
Poczułam Uchwyt Srebrny
Na Kostce – i znów Obuwie
Zalały mi płynne Perły –

Dopiero przed Statecznym Miastem –
Chłodno je widać oceniał –
Skłonił się – ze spojrzeniem Władczym –
I cofnął się Ocean –

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Wyszłam wcześniutko, wzięłam psa,
żeby odwiedzić morze.
Syreny ze swych suteren
wyszły aż na zaproże.

A fregaty z pierwszego piętra
wyciągnęły dłonie z konopi
mniemając, że to może mysz,
co się nie zdążyła utopić.

Nikt nie zaczepił mnie. Aż przypływ
podpełzł mi do trzewików,
potem do fartuszka z paskiem,
do falbanek u stanika.

Groził, że mnie pochłonie,
jak rosę chłoną deszcze
z sukienki byle kwiatu...
Wtedy zaczęłam się spieszyć.

A przypływ - tuż, tuż za mną...
Już srebrny jego dotyk
czułam u stopy... Potem stopę
perlistą strugą pokrył.

Aż kiedy stanęliśmy w mieście,
gdzie nie miał wcale znajomych,
skłonił się bardzo wyniośle
mnie jednej i wrócił do domu.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 524
(Departed -- to the Judgment --)

Odejście - tam, gdzie Sąd się zacznie -
W blask Popołudnia Władczy -
Rozstąpią się Odźwierni Chmur -
Świat Stworzenia się wpatrzy

W Zniesienie Ciała - Bezcielesność -
Tym się zakończy Dramat -
Rozejdą się dwa Światy Widzów -
Dusza zostanie - sama -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 525
(I think the hemlock likes to stand - The hemlock)

Myślę, że świerk lubi stać
Na krawędzi śniegu, na mrozie -
To przystoi jego surowości
I wyrównuje grozę -

Jaką człowiek w głuszy musi tłumić -
Na bezludziu - jest nią przekarmiony -
Skłonność do szronów, nagości 
To konieczność w Laponii -

Natura świerka rozkwita w chłodzie -
A kąsanie wiatrów północnych
Jest dla niego słodką odżywką -
Norweskim winem mocnym -

Dla gładkich ras świerk jest niczym -
Lecz nad Donem pod jego baldachim
Biegną bawić się dzieci
I biegnie znad Dniestru zapaśnik.

[nap. 1862, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]


# 526
(To hear an Oriole sing)

Słyszeć wilgę czy kosa
może być nader proste
albo - rzecz całkiem boska.

Nie zależy to, ma się rozumieć,
od ptaka, co śpiewać umie
jednakowo - samotny czy w tłumie.

Krój ucha to sprawia zazwyczaj,
że człowiek czysto słyszy
w burzę i deszcz czy w ciszy.

Więc czy runy to jakie święte,
czy tony dla ucha mętne
- wszystko zależy od wnętrza.

"Melodia siedzi sobie
na drzewie", sceptyk powie.
"Nie, panie mój, siedzi w tobie!"

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]

* * * * *

Melodie Wilgi albo mogą
Słyszane być przez byle kogo -
Albo tylko przez Boga.

Dla Ptaka to niewiele znaczy,
Czy pustka w krąg, czy tłum słuchaczy -
Nie zaśpiewa inaczej.

To raczej rzecz samego Ucha,
Które to tak, to owak słucha -
Dźwięcznie, lub Głucho.

To, czy Znak w śpiewie się rozlega,
Czy też nie słychać w nim niczego -
Na nas polega.

"Las mieści w sobie każdą z Gam" -
Sceptyk wykaże - sobie - nam -
Nie Las! Ty sam!"

[tł. Stanisław Barańczak]


# 528
(Mine -- by the Right of the White Election!)

Mój - prawem Białego Obioru!
Mój - mocą Pieczęci Monarszej!
Mój - jak głosi w Szkarłatnym Więzieniu
Znak na ścianie, od Kraty trwalszy!

Mój - tu - w mojej Wizji - w Weto moim!
Mój - w tym, co Uchyla Trumny wieko -
Przywileju Przyznany -
Zatwierdzony - Szaleńczy!
Mój - dopóki wolno pełznąć Wiekom!

[tł. Stanisław Barańczak]


# 536
(The heart asks pleasure first)

Serce - najpierw o przyjemność prosi -
Potem - o wymówkę od bólu -
Potem - o lek łagodny -
Który cierpienie znieczuli -

Potem - by mogło zasnąć -
A potem - jeśli w górze
Zezwoli Inkwizytor -
O przywilej, ażeby umrzeć -

[nap. 1862, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Serce żąda Rozkoszy - najpierw -
Potem - Zwolnienia od Bólu -
Potem - tych krótkich Narkoz,
Które cierpienie znieczulą -

Potem - chce Snu - a potem -
Jeśli tego nie wzbrania
Inkwizytor - chce tylko
Przywileju Skonania -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 540
(I took my Power in my Hand --)

Moc swoją ujęłam w Dłoń -
I stanęłam naprzeciw Świata -
Słabsza niż niegdyś Dawid -
Lecz dwakroć śmielsza - za to -

Zamierzyłam się swym Kamykiem -
Ale upadłam - Ja Sama -
Czy Goliat - był zbyt olbrzymi -
Czy ja - za mała?

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Wszystkie me siły ujęłam w dłoń
i stanęłam ze światem do walki;
może to mniej, niż Dawid miał,
lecz ja miałam więcej odwagi.

Celowałam z mej procy, ale wnet
sama tylko w boju poległam.
Nie wiem, czy Goliat za wielki był,
czy za mała byłam ja biedna.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 546
(To fill a Gap)

Wypełni wyrwę
To tylko, co ją uczyniło -
Chcesz czym innym zapchać - wygładzić -
Będzie zionąć tym bardziej -
Nie zaspawasz otchłani
Powietrzem -

[nap. 1862, odn. 1929; tł. Ludmiła Marjańska]


# 547
(I've seen a Dying Eye)

Widziałam - jak Oko w Agonii
Omiata spojrzeniem Pokój -
Jak gdyby szukając Czegoś -
Potem zabrakło w nim Wzroku -
Potem - zaćmiła je Mgła -
Potem - Powieki się zwarły -
Nie ujawniając - czym było
To - w czym szukał zbawienia Zmarły -
 
[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Widziałam, jak oczy gasnące
krążyły po pokoju
i - jakby szukając czegoś -
gubiły jasność swoją.
Mgła się na nich coraz gęściej snuła,
aż powieki - na zawsze spojone -
niewiadomo od jakiego szczęścia
odgrodziły wzrok wieczną zasłoną.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 549
(That I did always love)

Że zawsze kochałam,
dowiodę najprościej
wyznając, że zbyt mało
dawałam miłości.

Że zawsze kochać będę,
gotowam obiecać,
bo miłość to życie,
a życie to wieczność.

Jedno tylko jeszcze -
- jeśli wątpisz o tym -
mogę ci ofiarować:
Golgotę.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 556
(The Brain, within its Groove)

Mózg w tym swoim wgłębieniu
działa równo, dokładnie,
lecz niech weń okruch wpadnie,
to mógłbyś chyba snadniej
cofnąć wody strumienia,
gdy pagórkom na przekór
młyny unosi rzeka
nowe drążąc rogatki!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]

* * * * *

Mózg wyżłobionym Rowkiem
Sunie gładko - nie zboczy -
Lecz niech go Drzazga zeń wytrąci -
Łatwiej na powrót wtłoczyć 

Nurt w koryto - gdy Powódź
Zostawia z całej Doliny
Wierzchołki Wzgórz - gdy zagarnia
Gościńce - tratuje Młyny -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 566
(A Dying Tiger -- moaned for Drink --)

Konający tygrys jęczał - pić -
Przemierzałam piaski w pogoni -
Ściekające ze skały krople
Zebrałam - przyniosłam w dłoni -

Potężne gałki zamgliła śmierć -
Lecz szukały - i mogłam dostrzec
Na siatkówce obraz wody
I mnie - która ją niosę -

Nie ja zawiniłam - zbyt wolno śpiesząc -
I nie on zawinił - że padł martwy -
Kiedy byłam od niego o krok -
Ale nie żył - i to było faktem -

[nap. 1862, odn. 1945; tł. Ludmiła Marjańska]


# 569
(I reckon -- when I count it all --)

Na czele Listy - jeśli taką
Posiadam - mam Poetów - po nich
Słońce - po Słońcu Lato - wreszcie
Niebiosa - i Spis zakończony -

Lecz widzę, patrząc wstecz - punkt Pierwszy
Następne w sobie Mieści -
Skreślam więc ich zbyteczny Popis -
Zostają sami - Poeci -

Ich Lato - trwa Okrągły Rok -
Stać ich na takie Słońca,
Że sam Wschód gani je za Nadmiar -
A jeśli Dalsze Niebiosa

Są Piękne jak to, w co Czcicieli
Poeta wtajemnicza -
Nie jest Snem coś, co wynagradza
Łaska tak niebotyczna -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 577
(If I may have it, when it's dead,)

Niech je pozyskam, choć martwe,
to będzie dla mnie dość,
byle z ostatnim oddechem
mnie je przydzielił los.

Zanim je zamkną w grobie,
zdołam szczęście bez miary snuć,
bo choć cię zamkną w grobie,
będę dzierżyć od grobu klucz.

Ja i ty, o miły. Nareszcie
twarzą w twarz można sobą się cieszyć
po życiu tym, a raczej po śmierci szpetnej,
bo śmiercią wszak było życie, a dziś życiem tylko ty jesteś.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 579
(I had been hungry, all the Years --)

Głód mnie dręczył przez tyle lat -
Aż czas nadszedł - obiadową godziną
Z drżeniem przysunęłam stół -
Sięgnęłam po niezwykłe wino -

Ten posiłek widywałam na stołach -
Gdy wracając do domu głodna -
Zaglądałam w okna, bez nadziei -
Że mogą być moje te dobra -

Nie zaznałam do syta chleba -
Jakże inne były okruchy,
Które dzieliłam z ptakami -
W jadalnej sali natury -

Ta obfitość raniła - zbyt świeża -
Czułam się chora - nieswoja -
Niby - z górskiego krzewu -
Przesadzona na drogę jagoda -

I nie byłam głodna - odkryłam -
Że głód może tylko spotkać
Tych, którzy stoją za oknem -
Znika - gdy wejść do środka -

[nap. 1862, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Cierpiałam głód od tylu lat,
nadeszła obiednia godzina:
drżąc przysunęłam sobie stół
i osobliwe wino.

Wypatrując w oknach bogaczy
obfitości mnie wzbronionej,
widywałam ją na tych stołach,
samotnik wygłodzony.

Nie znany był mi szczodry chleb,
niepodobny do okruchów wcale,
co je ze mną dotąd dzielił ptak
w przyrody zasobnej sali.

Bolał mnie ów dostatek niezwykły,
dziwaczna się czułam, niezdrowa
jak przesadzony nad drogę
krzew jagód z dzikiego parowu.

Gdzież był głód mój? I odkryłam,
że głód bywa tylko nastrojem
tych, co stoją za oknem.
On wewnątrz nie niepokoi.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 581
(I found the words to every thought)

Każdą myśl ujmowałam w słowa -
Nie wyszło mi tylko z Jedną -
Jak gdyby Dłoń usiłowała
Kształt Słońca szkicować kredą

Plemionom wychowanym w Mroku -
Cóż byście poczęli zatem
Wy? Blask oddali - Karminem?
Południe - Ciemnym Granatem?

[tł. Stanisław Barańczak]


# 583
(A toad can die of light!)

Od światła może zginąć ropucha -
Jednakowo wyzionie ducha
Żaba i człowiek -
Śmierć to wspólny przywilej
Markizów i motyli -
Czymże tedy się chełpić?
Supremacja komara tak jak twoja wielka -

Życie - to sprawa inna -
Przeto oceniaj wina
Nie w butelce - a po kropelce -
Czyste reńskie wino -
A moje - czy barwy rubinu?

[nap. 1862, odn. 1896; tł. Ludmiła Marjańska]


# 585
(I like to see it lap the miles)

Lubię patrzeć jak chłepce mile -
I zlizuje doliny -
Jak staje, by pić ze zbiorników
Jak potem daje krok - olbrzymi -

Wokół masywu gór -
I zagląda - wyniosły -
Do chat opodal drogi -
Potem - kamieniołom przyciosa -

By pasował do jego żeber -
I pełznie przezeń
Skarżąc się zgrzytem kół -
Schrypłą - straszliwą strofą -
Potem goni sam siebie w dół -

I rży niby Bucefał -
Aż punktualny jak gwiazda
Potulny, potężny - staje
U wrót stajni kończy swą jazdę -

[nap. 1862, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Lubię go widzieć, kiedy chłepcze
Pośpiesznie Mile z koryt Dolin -
Czasem przystanie pod Cysterną -
Okrąża Zwały Gór zakolem

Tak kolosalnym, że ma prawo
Do wyniosłości wobec Chałup
Po obu stronach swego toru -
Potem przeciska się pomału

Przez Wąwóz,
Jego wąskie Żebra,
I utyskuje na ciasnotę
Rżąc swoją strofkę przeraźliwą -
Goniąc sam siebie, gna z łoskotem

Ze szczytu Wzgórz znów w Dolinę -
Po czym - jak Gwiazda punktualny -
Wreszcie - potulny, wszechpotężny -
Staje pod drzwiami swojej stajni - 

[tł. Stanisław Barańczak]


# 589
(The Night was wide, and furnished scant)

Rozległa noc, zasobna
w jedną gwiazdkę maleńką,
co ile razy spotkała obłok,
sama siebie gasiła z lęku.

Wiatr prześladując drobny krzew
obrywał z niego liście
zostawione mu przez listopad,
potem - wspięty pod okap - piszczał.

Ani jednej wiewiórki na dworze już;
spóźnione łapy psie
przeszły jak przerywany plusz
po ulicy pustym dnie.

Zbadać szczelność okiennic,
fotel na biegunach jeszcze
przybliżyć do kominka,
pomyśleć o biedakach z dreszczem

- oto lekki trud pani domu...
"O ileż śnieżyce zimą -
rzekła do sofki naprzeciw pustej -
wolę niż maj, gdy ciebie nie ma!"

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 599
(There is a pain -- so utter --)

Bywa ból - tak zajadły -
Że wyżera w nas Otchłań -
Potem przykrywa - Odrętwieniem -
Tak aby Pamięć mogła
Obejść - przejść przez nią - po niej -
Jak Lunatyk - stąpający bezpiecznie
Gdzie strąciłyby go oczy otwarte
W gruchoczące - Kość po Kości - powietrze.
 
[tł. Stanisław Barańczak]


# 600
(It troubled me as once I was --)

Trapiło mnie w dzieciństwie -
Bo byłam kiedyś mała -
Żeby dociec, jak mógł rozpaść się atom -
Skoro niebo wciąż trwało -

Niebo - dotąd - najwięcej waży -
A tak mocno - błękitne - się trzyma -
Bez rygli - tego mogę dowieść -
Czy nie zdziwi to jednak - olbrzyma?

Życie szersze problemy stawiało -
Niektóre zachowam - rozwiążę,
Gdy algebra będzie łatwiejsza - 
Lub okażą się prostsze tam - w górze -

Wtedy też - boleśniejsza zagadka
Zrozumiała się stanie -
Czemu niebo się nie rozpadło -
A runęło - błękitne - na mnie -

[nap. 1862, odn. 1945; tł. Ludmiła Marjańska]



Emily