Numeracja utworu określa jego kolejność chronologiczną:
pierwsza data (nap.) mówi o prawdopodobnym roku jego napisania, druga (odn.) - podaje rok, w którym został odnaleziony.

WIERSZE
# 603 # 604 # 605 # 608 # 609 # 613 # 615 # 619 # 620 # 621
# 622 # 623 # 625 # 632 # 640 # 642 # 650 # 656 # 657 # 663
# 664 # 670 # 675 # 686 # 690 # 712 # 724 # 726 # 729 # 732
# 739 # 741 # 742 # 744 # 747 # 749 # 754 # 757 # 764 # 766
# 770 # 781 # # # # # # # #


# 603
(He found my Being -- set it up --)

Odkrył moją istotę - ustawił -
Do miejsca przystosował -
Wtedy wyrył na niej swoje imię -
I skierował na Wschód.

Pod jego nieobecność - bądź wierna -
A on przybędzie znowu -
W ekwipażu z bursztynu -
Tym razem - by wziąć ją do domu -

[nap. 1862, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]


# 604
(Unto my Books -- so good to turn --)

Ku moim książkom - jak dobrze się zwrócić -
Gdy utrudzony dzień się kończy -
Słodszą staje się powściągliwość -
Ból znikł - z pochwałą się połączył -

I jak spóźnionych gości cieszy -
Woń przypraw przed bankietem -
Tak czas - co od nich dzieli mnie
Zaostrza mój apetyt -

Bez nich - byłoby tu pustkowie -
Tylko dźwięk kroków - oddalonych -
Ale to święto noc wyklucza -
I są w nim - dzwony -

Dziękuję moim krewnym z półki -
Wyglądem już w dzieciństwie moim
Budziły miłość - by ją z czasem -
Gdym ich dosięgła - zaspokoić -

[nap. 1862, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Jak miło zasunąć w księgi
kres utrudzonych dzionków;
rozkosz ta zatrze długi post,
nieznośny ból rozłąki.

Jak spóźnionego biesiadnika
woń potraw z dala krzepi,
tak mnie - korzenna obietnica
mej małej biblioteki.

Niechaj na dworze dzikość pustki,
krok daleki ludzi znużonych,
byleby u mnie jasność niedzielna,
byleby u mnie dzwony.

Dzięki wam, krewniacy na półkach.
Wasze pogodne lica
już z dala wieszczą miłość,
a dotrzymują jej z bliska.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 605
(The Spider holds a Silver Ball)

Pająk srebrzystą kulę trzyma
W niedostrzegalnym ręku -
I cicho tańcząc snuje sobie
Perłową nitkę cienką -

Od nic do nic kursuje -
Jakież nierealne zajęcie -
Nasz gobelin zasnuwa swoim -
Dwa razy prędzej -

Godziny trzeba mu, by wznieść
Kontynenty świetliste -
A potem zwisa ze szczotki -
Bo zapomniał o swoich granicach -
 
[nap. 1862, odn. 1945; tł. Ludmiła Marjańska]


# 608
(Afraid! Of whom am I afraid?)

Bać się?... Kogóż to ja bym się bała?
Śmierci? Zaiste, strachu wiele...
Portier u bramy mego ojca
bardziej mnie onieśmiela.

Życia? Jakże mi tu bać się,
pogrążonej w życie głęboko
- w jednym istnieniu czy też w kilku -
za wyraźnym Nieba wyrokiem.

Zmartwychwstania? Czyliż wschód
lęka się ufać rankom
z ich czystym czołem? To już raczej
zrzekłabym się aureoli wybranych!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 609
(I years had been from home)

Całe lata nie byłam w domu -
I teraz stojąc pod drzwiami -
Nie miałam odwago wejść,
Żeby czyjaś twarz - obca mi -

Nie spojrzała na moją tępo -
Pytając - w jakiej sprawie -
"W sprawie życia, które porzuciłam -
Czy mogłam je tu zostawić?"

Oparcie miałam w trwodze -
Trzymała mnie w bezruchu -
Sekunda grzmiała jak ocean -
Łamiąc się w moim uchu -

Śmiałam się kruchym śmiechem -
Że mogę tak drzwi się lękać -
Ja - która poznałam grozę -
A nigdy nie drżała mi ręka -

Teraz drżącą na klamce
Położyłam - ciągle się bojąc -
Że straszne drzwi odskoczą -
I wpuszczą do przedpokoju -

I usunęłam palce -
Ostrożnie, jak przedmiot ze szkła -
Zakryłam uszy - i bez tchu
Jak złodziej - z domu uciekłam -

[nap. 1862, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]


# 613
(They shut me up in Prose --)

Zatrzaskują mnie w Prozie -
Tak jak - gdy byłam mała -
Zamykali w Komórce -
Abym "cicho siedziała" -

Siedziała! Gdyby widzieli
Wir Myśli - rwących się w Przestrzeń -
Podobnie mogliby Ptaka
Zamknąć - za Zdradę - w Areszcie -

Ptak - dosyć, że zapragnie -
A już - od Gwiazdy prędzej -
Wzbija się ponad Niewolę -
I mnie nie potrzeba więcej -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 615
(Our journey had advanced --)

Podróż się posunęła
aż prawie do tych pieleszy,
do tych rozstajów istnienia,
skąd skręca droga na wieczność.

Ociągały się stopy niechętne,
tempo opóźniał strach...
Tam dalej czekały miasta,
lecz przed nami - umarłych las.

Droga wstecz - zapieczętowana,
nie było dla nas odwrotu,
więc tylko wieczności sztandar biały
i - Bóg przy wszystkich wrotach.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]

* * * * *

Dobrnęliśmy w wędrówce
Drogą Istnienia - do tych
Rozstajów noszących Nazwę
Wieczności - nasze stopy

Zaczęły stąpać wolniej -
Jakby się opierały -
By dotrzeć do Miast, trzeba było
Przejść najpierw przez Las Zmarłych -

Nie było Nadziei Odwrotu -
Zamknięta Droga - za nami -
Przed - Biała Flaga Wieczności -
I Bóg - przy każdej Bramie -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 619
(Glee -- The great storm is over --)

Hura! Przeminął sztorm.
Wróciło czterech na ląd;
czterdziestu we wrzący piasek
wbił wirujący prąd.

Dzwon radosny - za ocalonych,
żałobny - za dusze bliźnie:
za sąsiadów, za narzeczonych
tonących, kołujących w mieliźnie.

O rozbiciu będą opowieści,
kiedy zima do drzwi zastuka.
Dziecko spyta: "A tamtych czterdziestu,
czy już nigdy nie wrócą tutaj?"

Więc urwie bajarz opowieść,
oko mu się zamgli w zadumie,
aż dziecko zmilknie w pół słowie...
I tylko fale zaszumią.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 620
(It makes no difference abroad - Two worlds)

Na zewnątrz - to nie robi różnicy -
Pory roku nic nie odmienia -
Ranek rozkwita południem -
Rozłupując strąki płomienia -

Zapalają się leśne kwiaty -
Potoki huczą swe piosenki -
Czarny kos nie odrzuca banjo -
Dla przechodzącej udręki -

Autodafe - Sąd Ostateczny -
Dla pszczoły nic nie znaczą -
Dla niej rozłąka z różą -
Nieszczęściem i rozpaczą -

[nap. 1862, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

To na zewnątrz nie sprawia różnicy,
nie wpływa na czasu krąg:
rankiem czy w samo południe
dojrzewa ognisty strąk.

Leśne kwiaty rozpalają się w lasach,
strumyków chełpi się błysk
i drozdy nie przerwą rozgwarów,
gdy przejdzie kto niosąc krzyż.

Niczym są dla pszczoły w locie
sądy, wyroki i stos...
Że ją rozłączają z jej różą
- to dla niej tragiczny los.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 621
(I asked no other thing --)

O to jedno prosiłam -
O nic innego - daremnie -
Dawałam Istnienie - za to -
Wszechwładny Kupiec kpił ze mnie -

Brazylia? Kręcił guzik -
W bok patrząc - ważąc tę myśl -
"Nie zna Pani niczego - co byśmy
Byli w stanie pokazać - Dziś?"

[tł. Stanisław Barańczak]


# 622
(To know just how He suffered -- would be dear --)

O jakże drogą byłaby wiadomość,
jak cierpiał i czy był tam ktoś, kto niósł mu pomoc,
komu powierzyć mógł, nim wzrok utwierdził w raju,
drżące spojrzenie ócz, co skostnieć mają?

Ach, wiedzieć, czy cierpliwy był, nawet pogodny,
czy konał tak, jak się spodziewał, czy też na inną modłę?
Czy dzień przychylny był takim wypadkom
i czy mu słońca promień służył świadkiem?

Kędy umysłem sięgał? Tam gdzie Bóg? Tam gdzie dom?
Co szepnął, jakby już z daleka,
kiedy mu się stało wiadome,
że czas żegnać dolę człowieka?

Czy pragnął czego?
...Najlżejszy sens westchnienia jego
bywał mi czytelny...
Czy ufał aż - zamiast ZŁEGO
pochłonęło go DOBRO nieśmiertelne?

A jeśli wołał, czyje było miano
pierwsze? Czyje ostatnie
na ustach jego urwane,
gdy gasnął?

Trwożył się czy też był mężny?
Może wiedział
- tak świadomą może stać się świadomość -
że miniona miłość z miłością nazbyt piękną, by istnieć,
spotkają się na styku czasów i trwać będą wiekuiście.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 623
(It was too late for Man --)

Za późno dla człowieka,
jeszcze za wcześnie dla Boga...
Co stworzone - nic, tylko bezsiła,
a przy nas za to - modły.

Jakże atrakcyjne jest niebo,
gdy ziemia ucieka spod nóg,
jak gościnną zda się witać twarzą
nasz dawny sąsiad, Bóg.
 
[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 625
('Twas a long Parting -- but the time)

Rozstanie było długie,
aż wreszcie nadszedł czas:
spotkali się przed sądem bożym
drugi, ostatni raz.

Dla bezcielesnych kochanków
w kole zbawionych dusz
inne otwarło się niebo
rajem niesytych ócz.

Jakby nie było życia
poza tym, które teraz dojrzeli
ci nowo narodzeni
na nieśmiertelność.

Czy widział kto ślub taki?
Niebiosa, Bóg panem domu,
a najbardziej spoufaleni goście
to Cherubiny, Moce i Trony.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 632
(The Brain -- is wider than the Sky --)

Mózg - rozleglejszy jest niż Niebo -
Bo zmierz je - co do cala -
Ujrzysz, że w Mózgu się pomieści
I Pan - i Przestrzeń cała -

Mózg - bezdenniejszy jest niż Morze -
Bo zgłęb je - co do joty -
Ujrzysz, że Mózg Ocean wchłonie
Jak Gąbka - Wiadro wody -

Mózg ma dokładnie ciężar Boga -
Bo zważ ich - co do grama -
A Waga z Wagą - jak Litera
Z Głoską - będzie tożsama -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 640
(I cannot live with you - In vain)

Nie mogę z tobą żyć -
To znaczyłoby życie -
A życie jest tam - niżej -
Za skałę skryte -

Grabarz ma do niej klucz -
Odstawia tam naczynie -
Nasze życie - jak filiżankę -
Wyrzuconą przez gospodynię -

Stłuczoną - wyszczerbioną -
Porcelana jest cienka -
Nowa - z Sevres - cieszy -
A stara - pęka -

I umrzeć z tobą - nie mogę-
Bo jedno musi drugiemu -
Zamknąć oczy -
A ty byś - nie mógł -

A ja - czy mogłabym - obok
Stać - i widzieć jak stygniesz -
Nie mając prawa do chłodu -
Tego przywileju śmierci?

I zmartwychwstać nie mogłabym z tobą -
Bo w twojej twarzy
Jezusową mogłabym ujrzeć -
Co nową Łaską się żarzy -

Jasno - ale i obco - 
W moim wzroku stęsknionym za domem -
Tylko, że ty jaśniałeś -
Bliżej niż On -

I sądzono by nas -
Bo ty służyłeś Niebu -
Albo - starałeś się -
Ja - nie umiałam tego -

Ponieważ się moje oczy
Tobą syciły -
Podziwiać skąpej światłości
Raju - nie miałam siły -

I gdybyś był zgubiony -
I ja byłabym zgubiona -
Choćby moje imię rozbrzmiewało
Najgłośniej w niebiańskich rejonach -

A gdybyś ty był - zbawiony -
A mnie skazano na pobyt -
Gdzie nie ma ciebie -
Już to samo - piekłem byłoby -

Musimy więc się łączyć - osobno -
Ja tutaj - ty tam - nie inaczej -
Otwierając na oścież drzwi -
Modlitwy - i oceany -
I białe pożywienie
Rozpaczy -

[nap. 1862, odn. 1890; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Nie mogę z tobą żyć...
Wszak życie me
grabarz na półkach
stawia tak, jak chce.

On jeden ma klucz,
zamyka, otwiera...
Te nasze dni
to jego serwis.

Stłucze się coś,
niemodne, nadbite
- potrzebne nowe Sevres,
to już zużyte.

Ani umrzeć z tobą za nic
nie mogłabym też,
stać, czekać na twe skonanie!...
I ty nie potrafiłbyś, wierz mi.

Miałbyś drętwieć ty,
a ja miałabym patrzeć,
wciąż jeszcze ciepła, żywa,
wciąż u Śmierci w niełasce?!

Ani mi z tobą wstać z grobu,
bo w oczach mych twoja twarz
zaćmiłaby Jezusową
i w nowym blasku

jaśniałaby wyraźnie, choć obco,
oku utęsknionemu,
bliższa od tamtej po stokroć
sercu mojemu.

I byłby nad nami sąd, wiesz?
Tylko żeś ty Niebios był sługą,
czy usiłował nim być,
a ja - nie.

Tyś mi nasycał wzrok cały...
Czyż trwonić go było trzeba
na mierną doskonałość,
jakiej dostarcza Niebo?!

Gdy potępi cię wyrok srogi,
to i mnie - z tobą,
choćby nawet moje miano
niebiańską chwałą otaczano.

A gdybyś ty był zbawion,
a ja - uwięziona daleko
od ciebie, samo
to stałoby za piekło.

Więc nam trzeba osobno tkwić:
ty - tu, ja - tam.
Pomiędzy nami - uchylone drzwi
na całe oceany,
na modlitwę
i na tę słabiutką pożywkę
- rozpacz.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna] 


# 642
(Me from Myself - to banish)

Wygnać Mnie - z samej Siebie -
Lecz jak ma Serce
Przedrzeć się przez swój własny
Mur - niezdobytą Twierdzę?

Gdy Ja - szturmuję Siebie -
Czyż nie po własnej klęsce
Świadomość może w sobie
Widzieć zwycięzcę?

Skorośmy Monarchami
Sobie wzajemnie -
Cóż po Abdykacji
Siebie - przeze Mnie?

[tł. Stanisław Barańczak]


# 650
(Pain -- has an Element of Blank --)

Ból - ma w sobie coś z Luki
W Pamięci - nie umie ustalić,
Kiedy się zaczął - czy był czas,
Kiedy nie było go wcale -

Nie ma Przyszłości - prócz siebie -
Bezmiarem swym obejmuje
Własną Przeszłość - dostatecznie pojętny,
Aby wróżyć z niej Nowe Bóle.

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

W bólu mieści się próżnia,
ból nie pamięta daty
swego początku ni czy był czas,
że się jeszcze nie był zaczął.

Nie ma przyszłości, jak tylko siebie,
jego obszar rozległy mieści
przeszłość i jej cel: odkrywanie
wciąż nowych bólu treści.

[tł. Kaziemiera Iłłakowiczówna]


# 656
(The name -- of it -- is "Autumn" --)

Nazywa się to - "Jesień" -
Jej kolorem - purpura
Krwi tryskającej z Tętnic
I Żył - wzdłuż Dróg - na Górach -

Jej wielkie Bańki - wzdęte
Po obu stronach Alej -
Szkarłatny Deszcz - gdy Podmuch
Strąci Miskę - niedbale -

Spryskuje w dole Kapelusze -
Gromadzi się w Jeziora -
Aż porwą tę nietrwałą Różę
W dal Cynobronowe Koła -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 657
(I dwell in possibility)

Moim mieszkaniem - Możliwość -
Dom wspanialszy niż proza -
Liczniejsze w nim okna - 
Więcej drzwi wiedzie poza -

Komnaty niby cedry -
Nieprzeniknione dla oka -
Zaś dachem wiecznotrwałym
Dwuspadowe niebiosa -

Goście w nim - najświetniejsi -
A zajęcie - rozwieram
Moje szczupłe dłonie szeroko -
Ażeby raj w nie zbierać -

[nap. 1862, odn. 1929; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Mieszkam w pałacu Możliwości —
Piękniejszy to dom od Prozy —
O wiele więcej Okien —
Drzwi można szerzej otworzyć —

Wnętrza — jak starych Cedrów —
Objąć Okiem się nie da —
A w górze Wieczny Pułap —
Kopuła Nieba —

Goście — najwyborniejsi —
A jedyne Zajęcie —
Zamykać w objęciu —wąskim 
Obfite Raju naręcze —

[tł. Stanisław Barańczak]


# 663
(Again - his voice is at the door)

Znowu - jego głos u drzwi -
Czuję to samo napięcie -
Słyszę - jak pyta służącą,
Czy jest ktoś taki - jak ja -

Przechodząc - biorę jakiś kwiat -
By twarz usprawiedliwić -
Nigdy nie widział mnie - w tym życiu -
Mogłabym - jego wzrok - zadziwić -

Chwiejnym krokiem przecinam hall -
Milcząc - przekraczam próg - na świecie
Istnieje tylko jego twarz -
Nic więcej -

Beztroski ton - niedbały głos -
Jak gdyby sonda naprężona -
Którą nieśmiało zapuszczamy -
Badając - jak głęboko
Odczuwa - druga strona -

Spacer - zostawiam w domu psa -
Czuły - troskliwy księżyc z nami
Idzie kawałek drogi -
Potem - jesteśmy sami -

Sami - jakby same Anioły -
Po raz pierwszy - niebo badały!
Sami - jakby twarze zasłonięte -
Na wyżyny patrzały!

By znowu przeżyć - tę godzinę
Z moich żył ciemną czerwień dam -
Lecz on sam krople musi liczyć
To cena każdej z plam -
 
[nap. 1862, odn. 1945; tł. Ludmiła Marjańska]


# 664
(Of all the souls that stand create)

Jedną istotę wybrałam
Z wielu stworzonych szeregów -
Gdy ze zmysłów oczyści się duch -
I nie będzie już żadnych wybiegów -

Gdy to co jest - i co było -
Stanie oddzielne - i istotne -
A krótki dramat ciała
Przemknie jak piachy lotne -

Gdy kształty ukażą królewską twarz -
I z mgieł się je ociosa -
Spójrz, jaki atom z ludzkiej gliny
Ponad inne - przeniosłam!

[nap. 1862, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Ze wszystkich dusz stworzonych
jeden - wybrany mój.
Gdy czucie zetrze się z ducha,
wykrętów spadnie strój;

gdy to, co było, i to, co jest,
osobną istność okażą
i ta króciutka tragedia ciał
nie więcej niż piach zaważy;

gdy z przenośni wyjrzy królewski kształt
i mgłę się od rysów odetnie
- patrzcie, jaki atom przeze mnie obrany
wśród glinianych figur szpetnych!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]  


# 670
(One need not be a chamber - to be haunted - Ghosts)

Nie tylko w komnatach straszy -
Nie trzeba wcale być gmachem -
Korytarze w mózgu mogą większym
Niż realne napawać strachem -

I bezpieczniej zewnętrznego upiora
Napotkać o północy -
Niż chłodnemu gospodarzowi
We wnętrzu spojrzeć w oczy -

Bezpieczniej galopować przez Opactwo
W pogoni grobów
Niż bezbronnemu w samotni -
Zderzyć się z sobą -

Bardziej nami powinno wstrząsnąć
Nasze ja - ukryte na dnie serca -
Niż zaczajony w mieszkaniu
Morderca.

Człowiek pożycza rewolwer -
Na rygle zasuwa bramy -
Przeoczając groźniejsze widmo -
W nim samym -

[nap. 1863, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Nie trzeba być Komnatą — aby w nas straszyło —
Lub nawiedzonym Domem -
Nie ma Wnętrz straszniejszych niż Mózgu, 
Korytarze kryjome —

Ileż bezpieczniej — o Północy
Ujrzeć Upiora przed sobą 
Niż spojrzeć w twarz własnym — wewnętrznym —
Pustkom i Chłodom.

Prościej gnać przez widmowe Opactwo, 
Gdy hurgot Głazów nas goni — 
Niż stanąć z sobą do walki -
Bez Broni —

Własne Ja — gdy się zaczai
Za Samym Sobą —
Przerazi bardziej niż Morderca 
W pokoju obok.

Ciało — wyciąga Rewolwer —
Drzwi ryglują trzęsące się ręce —
Przeoczając potężniejsze Widmo —
Lub nawet Więcej —

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

nie trzeba być zamkiem
by być nawiedzony
nie trzeba być domem
by gościć demony

lepsze z duchem samotne
spotkanie na piętrze
niż własnego mózgu
niegościnne wnętrze

lepszy przez rynek galop
pod gradem kamieni
niż tak bezbronny stanąć
na niczyjej ziemi

ja w moim ja ukryte
to potworność większa
niż ukryty w mieszkaniu
zwyczajny morderca

ciało bierze rewolwer
on rygluje drzwi
nie widzi widma nad głową
nic

[tł. Maciej Maleńczuk]

* * * * *

By straszyło nie potrzeba komnat,
nie musisz być wcale domem.
Mózg twój posiada stosowniejsze
korytarze nawiedzone.

Bezpieczniej, gdy bije północ,
napotkać widmo krwawe,
niźli we własnym wnętrzu
tę bledszą zjawę.

Bezpieczniej z głazami w opactwie
wyścigi lotne wszcząć,
niźli w noc bezksiężycową
z sobą samym się sprząc.

Morderca skryty w mieszkaniu
nieraz mniej straszny,
niż zasłonięte starannie
ja własne.

Roztropny nosi rewolwer,
rygle zasuwa,
a nad ważniejszym upiorem
nie czuwa.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 675
(Essential Oils -- are wrung --)

Esencje - wyciska się siłą -
Wonnego Olejku z Róży
Samo Słońce by nie wydobyło -
To - dar Prasy i Śruby -

Róża W Ogóle - usycha -
Lecz ta - w komódce Dziewczynie
Czyni Lato - gdy ona zastyga
W swoim Nieprzerwanym Rozmarynie -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 686
(They say that "Time assuages" --)

Mówi się: "Czas uśmierza ból" -
On nie uśmierza miczego -
W cierpieniu, jak w Żylastym Starcu,
Rośnie Krzepkość, gdy lata biegną -

Nie Lekarstwem Nieszczęścia
Jest Czas - to raczej Probierz -
Jeśli leczy - daje dowód tym samym,
Że nie było mowy o Chorobie -
 
[tł. Stanisław Barańczak]


# 690
(Victory comes late --)

Zwycięstwo, spóźniasz się,
podsunięte dogodnie do ust,
które skurcz mrozu ściął
zbyt mocno, by można cię pić.

Jakże słodko smakowałby
jeden łyk!
Czyżby tak oszczędny był Bóg?
Zbyt wysoko dla nas zastawiony jego stół,
chyba - obiadować na palcach.
Dla niewielkich ust raczej by okruch:
dla gila - wiśnia...
Królewski orła posiłek
zadławiłby go.
Bóg wróblom dotrzymuje paktów:
one umieją, gdy miłości brak, 
głodować.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 712
(Because I could not stop for Death --)

Nie mogłam stanąć i czekać na Śmierć -
Ona sama mnie podwiozła - uprzejma -
Bryczka mieściła nas dwie -
I jeszcze - Nieśmiertelność -

Konie szły stępa - nie poganiane -
Widząc, że Śmierci nie śpieszno,
Swoje rozrywki i prace
Odłożyłam - przez Grzeczność -

Minęłyśmy Boisko Szkolne
Pełne Dzieci - Rejwachu -
A potem Łany - w nas wpatrzone -
A potem Słońca Zachód -

Lub raczej - Słońce nas
Minęło - gęstniał płacz
Zimnej Rosy - Sukienkę
Miałam za cały Płaszcz -

Stanęliśmy przed Domem - niskim
jak Gruntu Wybrzuszenie -
Dach ledwie był widoczny -
Gzymsy wrośnięte w Ziemię -

Odtąd - Stulecia już - a jednak
Każde z nich prędzej przeszło
Niż Dzień, gdy pierwszy raz pojęłam,
Że Końskie Łby prą w Wieczność -

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Nie miałam czasu dla niej,
to ona przystanęła na szosie...
W pojeździe byłyśmy same
obok Nieśmiertelności.

Wolniutka jazda, bo jej nie spieszno,
a jam się pozbywała kolejno
zajęć i godzin próżnowania
- za jej uprzejmość.

Otóż i szkoła: obok - dzieci
po lekcjach hasające,
a dalej łany kłosów wpatrzone
w zachodnie słońce.

Przystanął pojazd nasz przed domem
jak wzdęcie gruntu niskim,
dach jego ledwo był widomy,
okap - przy ziemi blisko.

Odtąd mijają wieki. Z nich
każdy - krótszy niż on dzień pierwszy,
kiedym pojęła, że pojazd ów
kierunek miał na wieczność.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 724
(It's easy to invent a Life --)

Łatwo wynaleźć Życie -
Bóg czyni to - codziennie -
Pomniejszy Wyskok jego Władzy -
Tym jest całe Stworzenie -

Łatwo Życie - wymazać -
Oszczędny Bóg pewnie by nie mógł
Przeboleć - że dał Wiecznie Trwanie
Czemuś Spontanicznemu -

Szmer Zaginionych Wzorców -
Lecz Dłoń Niezachwiana - Daleka -
Wypełnia Plan - Tu wstawi Słońce -
Tam znów - skreśli Człowieka -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 726
(We thirst at first -- 'tis Nature's Act --)

Wpierw chcemy pić - to Głos Natury -
A później - gdy umieramy -
Modlimy się o łyk Wody
Tężejącymi palcami -

Jest w tym zapowiedź pragnień głębszych -
Którym zaradzi z pewnością
Ta Wielka Woda na Zachodzie -
Zwana Nieśmiertelnością -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 729
(Alter! When the Hills do --)

Odmiana? Gdy kształt zmienią Góry -
Wahania? Gdy Słońca Chwała
Zawaha się - czy naprawdę
Jest całkiem Doskonała -

Przesyt? Dopiero gdy Żonkil
Znużą Rosy poranne -
Dopiero wtedy - doznam
Przesytu Tobą - Panie -

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Zmienić się? Gdy zmieni się łańcuch gór.
Zawahać się? Gdy słońce zwątpi
i zagadnie własną chwałę,
czy doskonała?

Przesyt? Kiedy żonkil
z rosą wda się w spór,
twierdząc, że ma jej zbyt wiele...
Wtedy i ja... I ja... Ciebie, przyjacielu!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 732
(She rose to His Requirement -- dropt)

Sprostała Jego Wymaganiom -
Miejsce Zabawek porzuconych
Dawnego Życia - zajął godny
Zawód Kobiety - Żony -

Jeśli Jej czego brakło w nowym
Dniu - Przestrzeni - Zdumienia -
Spełnienia Snu - Jeśli jak Złoto
Ścierał się od Noszenia,

Ten Brak narastał w niej bez słowa -
Jak Perła, lub Wodorost,
W Głębiach - o których tylko Morzu
Samemu coś wiadomo - 

[tł. Stanisław Barańczak]


# 739
(I many times thought Peace had come)

Wiele razy myślałam, że spokój
Nadszedł - a był z dala stąd -
Tak rozbitek na środku morza
Roi - że widzi ląd -

I słabnie w walce - nim wreszcie
Jak ja - z rozpaczą - spostrzeże -
Że przed wejściem do portu jest wiele
Urojonych wybrzeży -

[nap. 1863, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]


# 741
(Drama's Vitallest Expression is the Common Day)

Dramat - Najżywotniejszy Wyraz
Znajduje w Dniu Powszednim -
Który się wokół Nas rozgrywa -
Inne formy Tragedii

Gubi przesadna Deklamacja -
Ta - sukces odnieść może
Właśnie kiedy Widownia pustawa -
Pozamykane Loże -

Hamlet byłby sam Sobie Hamletem -
Gdyby Szekspir nie napisał swego dzieła -
Choćby nawet nie utrwalił Historii
Julii i jej Romea,

Odgrywałaby ją bez końca
Serc Ludzkich scena -
Choć Właściciel może zamknąć Teatr,
Nie wymaże tekstu Przedstawienia -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 742
(Four Trees -- upon a solitary Acre --)

Na roli samotnej cztery drzewa
widnieją,
bez planu, bez porządku,
bez celu.

Rano słońce natrafia na nie,
wiatr pląsa...
Jeden tam tylko bliski
- Bóg sąsiad.

Rola im daje przestwór,
one jej - chwałę
od przechodnia, wiewiórki,
chłopców małych.
Czego chciała od nich przyroda,
jaki zamiar ogromny
miały pokrzyżować czy spełnić
- nie wiadomo.

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 744
(Remorse - is Memory - awake...)

Wyrzuty - to zbudzona pamięć - 
I jej kompani poruszeni -
Obecność minionych czynów
W oknie - w drzwiach - w sieni -

To przeszłość przed oczami duszy
Oświetlona zapałką -
Żeby pogłębić wiarę -
Odczytanie ułatwić -

Wyrzutów nie uleczysz - nawet
Bóg nie dostarczy leku -
To z jego ustanowienia -
Ten Odpowiednik Piekieł - 

[nap. 1863, odn. 1891; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Wyrzut Sumienia - to Pamięć - zbudzona -
Jest jak tłumne Przyjęcie -
Gdzie - co Odeszło - jest Obecne -
Pod Oknem - przy Drzwiach - wszędzie -

Stawia przed Duszą - Przeszłość -
Każe przyjrzeć się - Zapałkę zapala -
Do rozmiarów tego - co zaszło -
Ma dopasować się Wiara -

Wyrzut Sumienia - nieuleczalna
Choroba - sam Bóg nie zna leku -
Bo Sam ją ustanowił - jako
Coś pokrewnego Piekłu -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 747
(It dropped so low -- in my Regard --)

Ta rzecz upadła - w mej Opinii -
Tak nisko - że usłyszałam -
Jak na kamiennym dnie Duszy
Z brzękiem się roztrzaskała -

Choć Los ją strącił - winię raczej
Siebie - że niepotrzebnie
Stawiałam Platery tanie
Na półce z prawdziwym Srebrem -

[tł. Stanisław Barańczak]

* * * * *

Tak nisko, nisko, że aż na dno
mojej opinii
strzaskane na skorupki spadło.
A ja się winię

bardziej, niż losom zarzut stawiam:
czyż było trzeba
platerowany stawiać towar
na półce z srebrem!

[tł. Kazimiera Iłłakowiczówna]


# 749
(All but Death, can be Adjusted --)

Prócz Śmierci - wszystko się Naprawia -
Dynastia - znajduje Następcę -
System - osadza się w Łożysku -
W Gruz upadają - Fortece -

Kolejna Wiosna dziury w Życiu
Zaszywa barwnym Ściegiem -
Tylko Śmierć - nie podlega Zmianie -
Taki Wyjątek - jeden -

[tł. Stanisław Barańczak]


# 754
(My Life had stood -- a Loaded Gun --)

Moje życie - broń naładowana -
Stała w kącie - aż kiedyś obok
Szedł właściciel - rozpoznał własność
I zabrał mnie ze sobą -

Teraz wędruję z Nim po lasach
I polujemy na łanie -
Mówię do Niego - a góry dają
Odpowiedź na pytanie -

Gdy się uśmiecham - ponad doliną
Tak ciepłe światło się żarzy -
Jakby Wezuwiusz pozwolił
Radość ukazać swej twarzy -

A kiedy nocą - po dobrym dniu -
Strzegę Pana mojego głowy -
Lepsze to niż wspólna poduszka
Z puchów edredonowych -

Dla Jego wrogów - ja śmiertelnym wrogiem -
I nie postąpi już kroku
Kogo wskaże z naciskiem mój kciuk -
Lub żółty błysk w moim oku -

I chociaż mogłabym go przeżyć -
On musi ode mnie żyć dłużej -
Bo mam tylko moc zabijania -
A bark mi jej by umrzeć 

[nap. 1863, odn. 1929; tł. Ludmiła Marjańska]

* * * * *

Nabita Strzelba - moje Życie -
Stała w kącie - aż obok
Przeszedł Właściciel - Broń rozpoznał -
I zabrał Mnie ze sobą -

I dziś przez Suwerenne Bory
Ścigamy Łanie płowe -
Czasem odezwę się za Niego -
I łańcuch Gór - odpowie -

Gdy się uśmiechnę, błysk tak ciepły
Dolinę wzdłuż przewierca -
Jakby się przez twarz Wezewiusza
Rozkosz przebiła szczersza -

A w Nocy - gdy po Dniu udanym -
Czuwam przy Pana Głowie -
Niczym są przy Poduszce Głazu
Puchy Edredonowe -

Wróg Jego - we mnie ma pogromcę -
I nie może ocaleć
Ten, na kim spocznie Żółte Oko -
Albo - z naciskiem - Palec -

Choć mogę dłużej żyć - niż On -
On odejść przede mną się wzbrania:
Jest we mnie uśmiercania moc,
A nie - moc umierania -

[tł. Stanisław Barańczak] 


# 757
(The Mountains -- grow unnoticed --)

Góry - rosną niepostrzeżenie -
Ich Fiolet wznosi się w Lazur
Bez Planów - Prób - Znużenia -
Pomocy - lub Aplauzu -

W Ich Wieczne Twarze - Słońce
Z lubością zagląda - szukając
Ostatnim - długo się złocącym
Spojrzeniem - towarzystwa - na noc

[tł. Stanisław Barańczak]


# 764
(Presentiment -- is that long Shadow -- on the Lawn --)

Przeczucie - jest tym długim Cieniem - na Trawniku
Znakiem - że Słońca zachodzą i nikną -

Powiadomieniem zaskoczonej Trawy
O tym - że wkrótce Mrok się jej przytrafi

[tł. Stanisław Barańczak]


# 766
(My Faith is larger than the Hills --)

Większa od Gór jest moja Wiara -
Gdy Góry staną się Prochem,
Wiara podźwignie z Purpur Wschodu
Słońce i wskaże mu drogę -

Od Horyzontu wzwyż - po szczeblach
Sosen i Wież - a potem
Niech rusza ponad Świat i spełnia
Swoje Zamiary Złote -

Gdyby zbłądziły Ciepłe Stopy -
Ptak spałby w Gnieździe skulony -
Kwiat nie rozchyliłby Płatków -
Głucho milczałyby Dzwony -

Jakże bym śmiała skąpić Wiary,
Od której tyle zawisło -
To Nit spawający Obręcze -
Bez nich Firmament by prysnął
 
[tł. Stanisław Barańczak]


# 770
(I lived on Dread -)

Żywiłam się strachem -
Dla Tych co wiedzą
Bodźcem jest Zagrożenie -
Inny impuls jest niemy -
Nie wyrwie z odrętwienia -

Lęk - ostroga dla duszy -
Przynagla, by tam poszła
Gdzie bez pomocy widma pójść
Ośmieliłaby się tylko rozpacz.

[nap. 1863, odn. 1892; tł. Ludmiła Marjańska]


# 781
(To wait an Hour -- is long --)

Czekać Godzinę - to długo -
Jeśli Miłość ma się tuż przed sobą -
Czekać Wieczność całą - to krótko -
Jeśli Miłość jest w końcu nagrodą -

[tł. Stanisław Barańczak]



Emily